1 września 2012

Pod Wołowiec na koniec wakacji

Wakacyjny czas powoli dobiega końca. Zanim rozpocznie się szkoła, postanawiamy pojechać na ostatnią wakacyjna wycieczkę rowerową. Tym razem nie będzie to pętla, ale prosta trasa tam i z powrotem w góry. Wyjeżdżamy w grupie trzyosobowej o 8:30 i po krótkiej wspinaczce do Gronika zjeżdżamy do Chochołowa. Prognozy nie przewidywały deszczu, ale słońce cały czas schowane jest za chmurami. Niedługo po przekroczeniu granicy słowackiej skręcamy w lewo do Oravicy. Ruch na drodze jest niewielki, możemy jechać obok siebie i spokojnie rozmawiać. Za basenami termalnymi w Oravicy droga wiedzie stromo pod górę na wysokość 940 m. Pod koniec nachylenie wynosi 12 %. Dobrze, że nie ma upału i jazda nie jest ciężka. Po zjeździe do Zuberca rozpoczyna się wspinaczka na serio. Jedziemy przepiękną doliną Roháčską, podziwiając przyrodę i zdumiewając się małą ilością turystów. Na pewno w tym czasie na drodze do Morskiego Oka są nieprzebyte tłumy. Im jedziemy wyżej, tym droga robi się coraz bardziej stroma i coraz częściej musimy robić przerwy "na zdjęcie". Ostatnie metry to już naprawdę mozolna wspinaczka w tempie 5 km/h. Wreszcie docieramy nad Ťatliakove pleso, położone na wys. 1370 m. i naszym oczom ukazuje się przepiękny widok granicznego pasma Tatr Zachodnich: Grzesia, Rakonia i Wołowca. Widok, który rekompensuje wszelkie trudy rowerowej wspinaczki.
Zza chmur wychodzi słońce, a my w tak pięknych okolicznościach przyrody odpoczywamy dłuższą chwilę nad stawem i zjadamy nasze zapasy żywnościowe. Chciałoby się siedzieć tak nad wodą i patrzeć na te góry cały dzień, ale pora wracać. Spinamy mocno kaski, łapiemy za kierownice i rozpoczynamy szaleńczy zjazd. Droga jest stroma, prosta, właściwie bez zakrętów, więc szybko przekraczamy 60 km/h i pędzimy w dół przy dźwięku dzwonka, który uprzejmie zachęcał pieszych do zejścia na bok. Z prędkością dochodzącą do 70 km/h dojeżdżamy do szlabanu na końcu drogi. Szymek postanawia ominąć szlaban sprytnym manewrem, niestety z powodu dużej prędkości kończy się to poślizgiem, lądowaniem, upadkiem roweru do rowu i skoszeniem znaku (na zdj.). Na szczęście lądowanie okazało się niegroźne, nie licząc zdartego naskórka na małym palcu u ręki. Cały zjazd do Zuberca trwa 12,5 km. Dalej sprawnie pokonujemy kolejne górki, mimo że niektórym doskwiera ból pewnej rowerowej część ciała. Na szczęście cały czas ruch na drodze jest niewielki, więc jazda jest przyjemna. Po południu dojeżdżamy do Zakopanego, wszyscy zadowoleni z tej ostatniej wakacyjnej wycieczki.
Więcej zdjęć pod tym linkiem.

W tle Tatry Zachodnie

Ťatliakove pleso


Szykujemy się do szaleńczego zjazdu

Szymek kończy zjazd skoszeniem znaku



Wakacyjna pętla orawska

Korzystając z czasu wakacji, wyruszamy na wycieczkę rowerową. Tym razem skład jest szczupły, trzyosobowy. W planie mamy objazd jeziora Orawskiego. Wyruszamy o 8:00 rano, mając nad głową wiszące chmury. Miało być słonce, a zapowiada się deszcz. Może za granicą będzie cieplej? Póki co jest zimno i w takich warunkach przez Chochołów wjeżdżamy na Słowację. Pierwsze 28 km to, z małymi wyjątkami, droga w dół do wysokości ok. 600 m. Za miasteczkiem Trstená skręcamy na północ i dojeżdżamy do jeziora Orawskiego. Koło tamy robimy pierwszy postój na II śniadanie i nagle zaczyna padać ulewny deszcz. Chowamy się pod wiatą i postanawiamy przeczekać opad. Na szczęście deszcz po krótkiej chwili ustaje i możemy jechać dalej wzdłuż brzegu. Kolejny odpoczynek połączony z sesją zdjęciową robimy na przystani. Wychodzi słońce i od razu robi się gorąco. Obserwujemy mały statek, który rozpoczyna wycieczkowy rejs po jeziorze. W Námestovie robimy szybkie zakupy, żegnamy się z jeziorem i wracamy do ojczyzny, kierując się na Lipnicę. Droga do granicy jest wyremontowana i jedzie się bardzo wygodnie. Na krótkim podjeździe przed Jabłonką, mimo że jedziemy dość szybko, wyprzedza nas bez większego trudu jakiś zagraniczny sakwiarz, jadący z pełnym bagażem. Kiedy jesteśmy na szczycie wzniesienia, on już jest ledwo widoczny na horyzoncie. Ech, w takim tempie, można by pokonywać dziennie 200 km na wyprawach. Z Jabłonki jedziemy do Czarnego Dunajca, ale zanim wjedziemy do miasteczka, skręcamy w prawo, aby przejechać na skróty przez las. Odcinek terenowy okazuje się ładny, ale dość trudny. Droga jest lekko utwardzona, ale co kilkaset metrów przeszkodą są kałuże i błota. Tempo jazdy bardzo spada. W kilku miejscach musimy omijać rozlewiska, prowadząc rowery przez las. Dojeżdżamy do kapliczki św. Huberta, a dalej, na szczęście, jest już nowa asfaltowa droga. W Podczerwonem zatrzymujemy się na pyszne lody z własnego wyrobu. Jesteśmy już trochę zmęczeni, więc niezbyt szybko podjeżdżamy do Zakopanego. Przed Kirami na moim liczniku pojawia się okrągła liczba 15000. Tyle kilometrów (w przybliżeniu) wykręciłem od 2007 r., głównie podczas wielodniowych wypraw. Oby tak dalej. Kończymy wycieczkę w dobrych humorach i umawiamy się na podobny 100-kilometrowy wyjazd w następnym tygodniu.
Więcej zdjęć pod tym linkiem.

Wjeżdżamy na Słowację

Nad jez. Orawskim

Odcinek terenowy

Kapliczka św. Huberta przy drodze do torfowiska




Le Tour des Alpes - relacja dzień po dniu

Zapraszam do lektury relacji dzień po dniu z wyprawy Le Tour des Alpes:

Włochy:
Dzień 1.               Dzień 2.               Dzień 3.
Dzień 4.               Dzień 5.               Dzień 6.
Dzień 7.               Dzień 8.               Dzień 9.

Francja:
Dzień 10.             Dzień 11.             Dzień 12.
Dzień 13.             Dzień 14.             Dzień 15.
Dzień 16.             Dzień 17.             Dzień 18.
Dzień 19 i 20.


31 sierpnia 2012

Dzień 19 i 20: Powrót

Francja, Niemcy, Szwajcaria
Oczekiwanie na kolejny pociąg na jednym z wielu niemieckich dworców

W nocy około 1:00 przychodzi burza z piorunami. Leżąc w namiocie pod drzewem, mam wrażenie, że piorun zaraz trafi we mnie. Na szczęście tak się nie stało. Większym szczęściarzem okazuje się Marek, który w nocy w ogóle się nie obudził. Rano był tylko zdziwiony, dlaczego jego głowa leży w kałuży? Przed świtem przychodzi kolejna ulewa i nad ranem jeszcze jedna. Zwijamy namioty na mokro i jedziemy kładką przed Ren do Niemiec na dworzec w Weil am Rhein. Kupuję bilet Quer-durchs-Land-Ticket w automacie i jedziemy jedną stację do Basel. Siedzimy na dworcu, czekamy na pociąg do Ulm, a nasze rzeczy się suszą. Kwadrans przed odjazdem wnosimy rowery na peron i dziwimy się, że peron jest pusty, a pociągu nie ma, choć wyświetla się na tablicy. Może rozwiązaniem tej zagadki jest napis w języku niemieckim, który przesuwa się na pasku. Marek, który w liceum uczy się niemieckiego nie jest w stanie przetłumaczyć tej informacji. Ja, choć nigdy nie uczyłem się języka naszych zachodnich sąsiadów, rozumiem słowo "heute" i wzbudza to we mnie niepokój. Udaję się do okienka informacji i dowiaduję się, że skład do Ulm, drugi z planowanych sześciu pociągów niemieckich, dziś nie jeździ. Miła pani nie znajduje żadnego połączenia do Görlitz, ani też do Drezna. Dziś uda nam się dojechać tylko do Lipska i to aż siedmioma pociągami! Nie mamy innego wyjścia, więc wsiadamy do pociągu do Offenburga. W przedziale rowerowym jest już około 10 rowerów i co chwila dosiadają się kolejni cykliści. Na szczęście przedział jest dość obszerny, a pasażerowie wyrozumiali. Trzeci pociąg do Karlsruhe jest przelotowy. W przedziale rowerowym tym razem nie ma żadnych bicykli, ale na miejscach dla rowerów siedzą pasażerowie. Starszy Niemiec, który wsiadł z nami, podniesionym głosem zwraca uwagę, że to jest miejsce na rowery, a osoby siedzące powinny przejść do innych przedziałów. Jego apel spotyka się ze zrozumieniem tylko kilku osób, które ustępują miejsca akurat dla naszych rowerów. Czwarty pociąg z Karlsruhe do Mannheim jest dla odmiany pusty. Spokojnie możemy usiąść, zjeść obiad w postaci bananów i czipsów, a nawet naładować komórkę. Kolejne pociągi są także puste i tak osiągamy Frankfurt, a następnie Kassel. Na wszystkich dworcach są windy, więc nie musimy dźwigać naszych obładowanych pojazdów. Na wielkim dworcu Kassel-Wilhelmshöhe są pochylnie prowadzące na każdy peron. Przy wsiadaniu do pociągu Marek wpada w dziurę między wagonem a peronem. Wygląda to bardzo groźnie, ale na szczęście kończy się tylko mocnym stłuczeniem nogi. Zbliża się wieczór, a my wciąż jesteśmy daleko od polskiej granicy. Kolejne stacja przesiadkowa to Halle i przed północą dojeżdżamy do Lipska. W parku jemy kolację na gorąco i kładziemy się w krzakach do snu na kilka godzin.
Budzimy się o 4:00 i szybko zbieramy, bo po drugiej stronie ulicy blisko nas słychać głośną awanturę pijacką połączoną z mordobiciem. Za chwile interweniuje policja, ale my już spokojnie oddalamy się w kierunku dworca. Jest sobota, więc kupuję bilet Sachsen-Ticket ważny już od północy i jedziemy do Drezna. Tam jemy szybkie śniadanie i pakujemy się do szynobusu do Wrocławia. W ten sposób udało się nam wrócić do pierwotnego planu podróży, choć to nie był koniec naszych podróżniczych przygód. Szynobus jest opóźniony kilka minut, ale mamy nadzieję, że do Wrocławia dojedzie o czasie. Trochę dziwi nas, dlaczego pani z obsługi DB przechodzi przez pociąg i liczy, ilu jest pasażerów i pyta, kto jedzie do Zgorzelca. Wszystko wyjaśnia się 12 km przed granicą na stacji Reichenbach. Wszyscy opuszczamy skład i wsiadamy do podstawionych na ulicy dwóch autobusów przegubowych. Razem z rowerami stajemy na kole w przegubie. Do Görlitz kursuje komunikacja zastępcza, a przez okno widzimy powód takiej sytuacji. Po nocnej burzy zalane są pola i podwórka i dlatego pociągi nie kursują. W Görlitz wsiadamy znów do szynobusu i ruszamy, ale mamy 40 minut opóźnienia. We Wrocławiu będzie ciężko z przesiadką. Na szczęście kolejny nasz pociąg TLK ze Szczecina jest też opóźniony 5 minut, więc wszystko przebiega zgodnie z planem. Jest przedział rowerowy, są miejsca siedzące obok za ścianą. Całą długą drogę do Krakowa przesypiamy. W Krakowie ostatnia przesiadka na pociąg TLK z Olsztyna do Zakopanego. Miejsce dla rowerów jest w pustym wagonie bezprzedziałowym. Marek wysiada w Białym Dunajcu, a ja jadę do końca. Odcinek ze stacji do domu pokonuję z wielką radością i satysfakcją, że cała wyprawa przebiegła szczęśliwie.
Tak mija ostatni, 20. dzień tej rowerowej przygody. Pozostały niezapomniane wrażenia, wspomnienia, zdjęcia, filmy i wielka radość w sercu.

Dzień 18: Morteau - Huningue

Francja, Szwajcaria
124 km
Wyprzedziliśmy wielki Tour o 3 dni
Wyjeżdżamy o 9:30. Jest zimno i pochmurno. Po 5 km zaczyna się podjazd i można się rozgrzać. Przez dwa tunele wjeżdżamy do Szwajcarii. Przejeżdżamy Le Locle i bardzo ładne miasto La Chaux-de-Fonds. Jesteśmy na Jurze szwajcarskiej, więc po chwili czeka nas podjazd na 1070 m. Robimy przerwę na drugie śniadanie. Wychodzi słońce i trzeba się posmarować kremem. Jedziemy trasą, na której za 3 dni będą się ścigać uczestnicy Tour de France. Za Saint-Brais skręcamy na szlak rowerowy nr 7. Na szczycie jemy obiad na ciepło przy stole. Po przerwie obiadowej raduje nas długi, prosty i szybki zjazd, na którym osiągamy prędkość ponad 60 km/h. Po minięciu autostrady mamy niestety stromy podjazd na przełęcz de la Croix. Podjazd jest ostry i robimy odpoczynki po podjechaniu każdych 100 m. Za szczytem jest już miła droga w dół z kilkoma lekkimi podjazdami. Podczas jednego z szybkich zjazdów Marek jadący za mną, zagapił się i nie zauważył, że skręciłem na skrzyżowaniu w prawo. Przekonany, że jestem przed nim, pędzi dalej kilka km na złamanie karku. Wreszcie udaje mi się go dogonić, ale przez to musimy nadrobić drogi. Po krótkim pobycie w Szwajcarii wjeżdżamy znów do Francji. Po 95 km robimy ostatni dłuższy odpoczynek. Ostatnie 30 km to droga praktycznie cały czas w dół ze średnią prędkością ok. 30 km/h. Ok. 20.00 tuż przed zamknięciem sklepu robimy zakupy w Saint-Louis i jedziemy do Huningue na nocleg. Śpimy na campingu tuż nad Renem. W oddali słychać barki płynące na rzece, a z bliska rozkrzyczaną francuską młodzież. Tuż po rozbiciu namiotów przychodzi krótka burza, ale mamy już bezpieczne schronienie.

Dzień 17: Ravilloles - Morteau

Francja
111 km
Pobudka po noclegu na dziko w lesie
Po zbudzeniu się o 6:00 wyjeżdżamy o 7:20. Jest chłodno, więc dobrze nam robi na początek dnia podjazd na 900 m. npm. Jesteśmy w Jurze francuskiej i przez cały dzień towarzyszą nam piękne górskie krajobrazy, urocze wioski, krowy na łące, strumyki i jeziorka. W środku dnia robimy dłuższy odpoczynek obiadowy nad jez. Lac Saint-Point. Po posiłku śpimy prawie 2 godziny w cieniu za przystankiem autobusowym. Dalej jedziemy wzdłuż rzeki Le Doubs, która płynie pięknym przełomem między skałami. Nawiedzamy kaplicę w jaskini – cud świata. Przed 18:00 jesteśmy w Morteau, gdzie planowaliśmy nocleg. Robimy zakupy na kolację i kolejny dzień i rozbijamy się na campingu. Zdążamy tuż przed burzą, ciesząc się, że nie pojechaliśmy dalej. Po burzy podziwiamy pełną podwójną tęczę. Jutro już ostatni dzień rowerowy i odwiedziny Szwajcarii.

Dzień 16: Ars - Ravilloles

Francja
124 km
Bazylika w Ars u św. Jana Marii Vianney'a

W nocy jest zimno, a namiot nad ranem jest cały w rosie. Na 8:00 jedziemy do bazyliki na Mszę św. przy grobie św. Proboszcza. Po Mszy zwiedzamy dom św. Jana Marii Vianney’a i wracamy na śniadanie. Wychodzi słońce, dzięki czemu namiot szybko robi się suchy. Pakujemy się i wyjeżdżamy z campingu. Kupujemy pamiątki przy bazylice, robimy zdjęcia i spotykamy bardzo miłe starsze małżeństwo z Nowej Zelandii. Rozmawiamy długo o Panu Bogu i bł. Janie Pawle II.
Pierwszy odcinek dzisiejszej drogi jest płaski i szybki. Bez zatrzymywania się przejeżdżamy 45 km. W Bourg-En-Bresse robimy zakupy i jemy obiad w parku przy stole. Po krótkim leżakowaniu ruszamy, bo zbliża się już 16:00, a przed nami jeszcze kawał drogi. Po kilku kilometrach za miastem zaczyna się podjazd. Najpierw dwie małe górki, a potem trzecia najwyższa. Po górach zjazd do doliny rzeki L’Ain. Wokół nas rozciągają się przepiękne widoki. Nad rzeczką jemy podwieczorek i jedziemy dalej wzdłuż jeziora Lac de Coiselet. Za jeziorem zmieniamy rzekę i jedziemy doliną La Bienne. W Vaux-Lès-Saint-Claude planowaliśmy nocleg na campingu pod górującą romańską kapliczką na szczycie skały, ale postanawiamy dziś spać na dziko i jedziemy dalej. Dzień jest długi, więc możemy jeszcze machnąć kilka km. Odbijamy na północ i jedziemy pod górę. W okolicy wioski Ravilloles znajdujemy dobre miejsce na obóz. Rozbijamy się na łące pod lasem, w miejscu gdzie dostrzegamy sarny. Księżyc w pełni oświetla polanę i w jego blasku jemy kolację, wsłuchując się w odległy dźwięk krowich dzwonków. Jesteśmy na wysokości ponad 600 m. npm. W nocy podchodzą do nas zwierzęta (sarny?), ale nie zaglądają do namiotów.



Dzień 15: Tain - Lyon - Ars

Francja
49 km
Lyon
Całą noc leje i nad ranem nie przestaje. Czekamy na zmianę pogody. O 10:30 postanawiamy podjechać do Lyonu pociągiem. W deszczu jedziemy na stację kolejową i pakujemy się do pociągu TER. Jest dużo ludzi, ale znajdujemy dwa wolne siedzenia i miejsce na rowery. W Lyonie już tylko mży. Zwiedzamy miasto, wjeżdżamy z trudem na wzgórze bazyliki Fourvière, objeżdżamy stary Lyon i jemy obiad w olbrzymim Parc de la Tête D’Or. Opuszczamy Lyon i gnamy do Ars, żeby zdążyć na Mszę św. o godz. 18:00. Szanse są marne, bo czasu coraz mniej. Ale jakimś cudem wiatr wieje prosto w plecy i pędząc 30 km/h dojeżdżamy pod bazylikę o godz. 17:55. Po Mszy u św. Jana Marii Vianney’a jedziemy na camping. Wieczorem spotykamy się z moimi przyjaciółmi, którzy wracają właśnie z Taizé i jadą na noc do Genewy. Jemy wspólną kolację i długo gadamy wymieniając wrażenia.

Dzień 14: Salles - Tain

Francja
89 km
Deszczowa niedziela
W nocy mocno wieje. Podobnie nad ranem. Wyjeżdżamy wcześnie rano i szukamy cichego miejsca na śniadanie. Znajdujemy takie w lesie. Po krótkim podjeździe jedziemy ostro w dół do Montelimar. Zaczynamy długi kawałek trasy w górę Rodanu. Wieje mocny wiatr, zbierają się chmury i robi się zimno. Na płaskim terenie ledwo osiągamy 20 km/h. Zaczyna padać. Pierwszy deszcz od dwóch tygodni, nie licząc kilku kropel burzy, która przeszła bokiem w Alpach. Zatrzymujemy się na przystanku, żeby przeczekać opady. Przestaje padać i jedziemy dalej. Przejeżdżamy na drugą stronę rzeki i w Le Pouzin zatrzymujemy się w parku na posiłek.  Jedziemy dalej do Valence, a wiatr nie przestaje nam przeszkadzać. Jest niedziela, więc na obiad zachodzimy do restauracji. Wprawdzie to tylko McDonalds, ale w ten sposób czcimy Dzień Pański. Podczas posiłku zaczyna okropnie lać. Siedzimy prawie 2 godziny, licząc na poprawę pogody. Wydaje się, że pada mniej, więc ruszamy. Co chwilę robimy odpoczynki wysuszające na przystankach. W Tain-L’Hermitage znowu leje jak z cebra i musimy się zatrzymać na środku ulicy pod sklepową markizą. Jest już późne popołudnie, więc podejmujemy decyzję – nie będziemy się tak męczyć, ale zatrzymujemy się na nocleg na miejskim campingu. W ulewnym deszczu rozbijamy namioty, jemy kolację i idziemy spać. Mój namiot jest suchy, ale Marek niestety tę noc spędzi w warunkach mokrych.

Dzień 13: Curbans -Salles

Francja
124 km
W taki upał najlepiej schłodzić się w górskim potoku
Śpimy długo i wyjeżdżamy dopiero o 9:15. Najpierw jedziemy z wiatrem w dół. Ale po kilku kilometrach rozpoczyna się podjazd z 580  na 928 m. Na szczęście droga biegnie w lesie i upał nas nie męczy. Po zjeździe do Serres skręcamy w lewo na Nyons i wspinamy się znów na przełęcz 837 m., by później cieszyć się jazdą w dół. Droga jest bardzo urokliwa, prowadzi przez niezamieszkałe tereny. Dalej jedziemy wzdłuż rzeki Eygues. Przez cały dzień towarzyszą nam piękne krajobrazy – fantazyjne góry i skały oraz dużo leśnych obszarów. Po zakupach zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu i gotujemy obiad z puszki. Jest upalnie, więc robimy dłuższą przerwę na leżakowanie. Potem wchodzę do rzeczki, żeby ochłodzić sobie nogi i okazuje się, że woda jest bardzo ciepła. Znajdujemy kąpielisko między skałami i pływamy jak w basenie. Woda jest w tym miejscu tak głęboka, że mnie kryje. Po wspaniałej kąpieli zjeżdżamy do Nyons. Robimy przerwę na posiłek i dalej bocznymi drogami udajemy się w kierunku doliny Rodanu. Po 21:00 szukamy miejsca na nocleg. Znajdujemy kawałek łąki w dole, poza widokiem z drogi nad strumykiem. Po zapadnięciu zmroku słyszymy w zaroślach zwierzęta, pewnie sarny. W nocy okazuje się, że to jednak dziki, ale nie podchodzą do namiotów, tylko kręcą się przy strumyku.

Dzień 12: Przez Col de la Bonette

Francja
104 km
Na najwyższej drodze w Europie
Wstajemy o 6:00, jemy śniadanie i wyjeżdżamy o 7:15. Powoli zdobywamy przełęcz. Widoki zapierają dech w piersiach. Niebo jest błękitne, nie ma wiatru, jedzie się przyjemnie. Po obu stronach drogi pojawiają się stada świstaków, które nie płoszą się na nasz widok. Ostatnie 100 m. jest bardzo strome i musimy pchać rowery pod górę. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze, by zrobić zdjęcia na tle wielkich połaci śniegu. Powoli dociera do nas, że się udało! Zdobyliśmy Col de La Bonette, najwyższą drogę przejazdową w Europie! Wjechaliśmy rowerami z bagażem na 2802 m. npm. Mimo wczesnej pory na szczycie jest już kilku turystów, którzy głośno wyrażają swój podziw dla naszego wyczynu. Po zrobieniu zdjęć przy głazie-pomniku zostawiamy rowery na drodze i wchodzimy na punkt widokowy na szczycie (2862 m. npm). Jestem wyżej niż najwyższe szczyty tatrzańskie i do tego wjechałem tu rowerem. Niesamowite! Chwila jest tak niezwykła, że chciałoby się zostać w tym miejscu jak najdłużej.
Wreszcie zbieramy się jednak do zjazdu. Choć słońce już mocno świeci, zakładam kurtkę przeciwwiatrową i ocieplacze na kolana. Przed nami szaleńcza droga w dół. Czuję lekki dreszcz emocji. Wszak dokładnie w tym miejscu w 2008 r. podczas etapu Tour de France kolarz południowoafrykański Augustin nie wyrobił się na zakręcie i spadł w przepaść razem z rowerem. Na szczęście bez żadnych poważnych obrażeń. Widziałem to na żywo w Eurosporcie. Trzymając więc dłonie na klamkach hamulcowych ruszamy w dół. Prędkość błyskawicznie dochodzi do 50 km/h. Niestety na wysokości 2585 m. npm. nie udaje mi się wyrobić na ostrym zakręcie 180 st. Wylatuję z drogi i wpadam na kamieniste pobocze. Upadek, wywrotka, leżę w pyle drogi. Na szczęście rower jest cały i ja jestem cały. Wsiadam z powrotem i zjeżdżam dalej, tym razem już hamując przed każdym zakrętem. Po zjechaniu ponad 100 m. zauważam, że zgubiłem GPS-a podczas wywrotki. Zatrzymuję się i dostrzegam też, że muszę opatrzyć sobie kolano, które jest lekko otarte i krwawi. Zdejmuję sakwy i wracam 100 m. do góry po sprzęt. Znajduję bez problemu na poboczu. Oczywiście działa bez szwanku. Po takiej dłuższej chwili od wypadku zaczynam odczuwać ból kolana i ręki. Jednak mocno się potłukłem, ale nie przeszkadza to w jeździe, tym bardziej, że przez najbliższe kilkadziesiąt kilometrów w dół nie muszę w ogóle pedałować. Cały czas jadąc o wiele ostrożniej niż na początku drogi, docieramy do miasteczka Jausiers. Droga prowadzi dalej w dół, ale już o wiele łagodniej. Świeci słońce, ale wieje mocny wiatr w twarz, więc nawet nie czujemy spadku i musimy mocno pedałować, żeby utrzymać szybkie tempo. W Barcelonnette zatrzymujemy się na zakupy, a po kolejnych 7 km. robimy postój obiadowy. Po takich przeżyciach raczymy się gorącym francuskim przysmakiem z puszki. To nie koniec pięknych widoków na dziś. Dojeżdżamy do turkusowego jeziora Lac de Serre-Ponçon Zanim będziemy podziwiać ten cud przyrody, musimy wspiąć się 200 m. Wszystkie trudy tego podjazdu rekompensuje bajeczny widok jeziora i okolic. Jedziemy wzdłuż jeziora, a potem wzdłuż rzeki La Durance. W miasteczku Les Tourniéres zatrzymujemy się na kolację przy wodopoju. Po dwóch nocach na dziko będziemy dziś szukać campingu. Znajdujemy nocleg w Curbans po 13 km. Miejsce jest bardzo miłe, a do tego właściciel zaprasza nas do skorzystania z basenu! Oczywiście nie odmawiamy. Po takim niezwykłym dniu niezwykle miło się relaksujemy.

30 sierpnia 2012

Dzień 11: Do Camp des Fourches

Francja
65 km
W Alpach Nadmorskich
Budzimy się o 7:00, jemy śniadanie i wyjeżdżamy o 8:25. Dziś cały dzień będziemy jechać pod górę. Na szczęście podjazd jest łagodny, a widoki przepiękne. W St-Sauver-sur-Tinée odpoczywamy, jemy II śniadanie i nabieramy wody na dalszą drogę. Podjeżdżamy kolejne metry – 500, 600, 700, 800... Dokoła rozpościerają się piękne widoki, na niebie chmury lekko zakrywają słońce, a wiatr wieje w plecy. W miasteczku Isola robimy przerwę obiadową w parku. Jest stół, a nawet WC. Dobrze, że nie ma upału. Troszkę przeraża nas myśl, że przed nami jeszcze 2000 m. podjazdów. W Saint-Étienne-de-Tinée, ostatnim miasteczku przed szczytem, nabieramy dużo wody na zapas. Podjazd robi się bardziej stromy, ale pogoda w dalszym ciągu jest bardzo sprzyjająca. Jesteśmy w górach, więc sytuacja szybko się zmienia. Po podjechaniu 250 m, na wysokości 1700 nagle zbierają się ciemne chmury burzowe, rozlegają się grzmoty i zaczyna padać mocny deszcz. Chowamy się pod drzewem. Na szczęście burza przechodzi obok, a na nas pada tylko kilka wielkich kropel deszczu. Im wyżej podjeżdżamy, tym droga jest bardziej stroma, a tempo jazdy wolniejsze. Robimy odpoczynki po podjechaniu kolejnych 100 m. do góry, potem już 50. Ale cały czas do góry. Tak zdobywamy magiczną granicę 2000 m. npm. Jest już późno i trzeba szukać noclegu. Postanawiamy poszukać schronienia w ruinach koszar Camp des Fourches na wysokości 2291 m. Jest ciężko, ale przecudne widoki alpejskie rekompensują cały trud. Od czasu do czasu mija nas samochód. Poza tym pustka i cisza. Mamy wielkie szczęście, bo chmury się rozeszły i nad nami czyste niebo. Nie ma też wiatru i jest ciepło, jak na górskie warunki, choć kurtkę trzeba założyć. Dojeżdżamy do koszar i znajdujemy w miarę cały zadaszony domek, gdzie spędzimy noc. Po Mszy św. odprawionej w bajecznej scenerii stoję jeszcze długo przed obozem, podziwiając nieziemskie krajobrazy. Już nie mogę się doczekać jutrzejszego wjazdu na szczyt. Zostało nam tylko 500 m. podjazdu.

Dzień 10: z Menton w góry

Francja
78 km
Pożegnanie z Lazurowym Wybrzeżem
Pobudka bardzo późno, bo o 8:15. Po śniadaniu pakujemy się i zjeżdżamy na plażę. Kąpiemy się w ciepłym morzu i opalamy. Ruszamy dopiero po 13:00. Po drodze zajeżdżamy do Monako, robimy kilka zdjęć i kierujemy się do Nicei. Jest bardzo gorąco, a droga, choć wzdłuż wybrzeża, jest bardzo górzysta. W Nicei robimy zakupy w Lidlu na zapas i skręcamy na północ w kierunku Alp. Przez kilka dni będziemy wspinać się na najwyższą przejazdową drogę w Europie – Col de la Bonette, na wysokość 2802 m. npm. Przed wyjazdem z miasta spotykamy zaczepia nas miły Anglik Fabian. Pyta o naszą wyprawę, skąd i dokąd jedziemy i z podziwem wyraża się o narodzie polskim. Tego dnia mieliśmy nocować na jednogwiazdkowym tanim campingu, ale okazuje się, że instytucja nie działa, więc jedziemy dalej w góry spać na dziko. Na wysokości 228 m. znajdujemy w lesie świetne miejsce noclegowe na skalnej półce z dala od głównej drogi.

Dzień 9: Tavole - Menton

Włochy, Francja
60 km
Widok z wieży kościelnej na Dolcedo

Rano jeszcze zwiedzam Dolcedo i okoliczne miasteczka. Na uwagę zasługuje most wybudowany przez rycerzy maltańskich w XIII w. Wchodzę na kościelną wieżę i podziwiam okolicę z góry. Po pół dnia takiego odpoczynku i zjedzeniu obiadu u włoskiej rodziny ruszam dalej. Dziś wieczorem ma dołączyć do mnie towarzysz podróży - Marek, który przyjedzie z Polski autem. Nie śpieszy mi się, mogę jechać wolnym tempem. Za Imperią rozpoczyna się 25-kilometrowa cyklostrada do San Remo poprowadzona trasą starej kolei. Po drodze jest kilka tuneli rowerowych, z których najdłuższy ma 1500 m. Trasa przelatuje przez San Remo wzdłuż wybrzeża. Zbliżam się do granicy francuskiej, gdzie mam się spotkać z ekipą z Polski. W Ventimiglii po 50 km robię długi postój w parku, zjadam podwieczorek i kąpię się w morzu. Roślinność jest już typowo śródziemnomorska z palmami i takimi podobnymi. O 20:00 przyjeżdżają oczekiwani turyści. Jedziemy na camping do Menton, po stronie francuskiej. Trzeba wspiąć się na górę ponad 100 m. W recepcji nie ma już nikogo, więc sami znajdujemy sobie miejsce i rozbijamy się. Na kolację jemy gorące przysmaki prosto z Polski i długo gadamy wymieniając wrażenia.

Dzień 8: Savona - Tavole

Włochy
82 km
Valloria - miasto pomalowanych drzwi
Budzę się o 5:00 i wracam do centrum Savony. Jem śniadanie w parku przy stole i ruszam wzdłuż wybrzeża. Szybko połykam kolejne kilometry ze średnią 20 km/h. Droga jest piękna - wykuta w skale, z galeriami i tunelami. Chmury rozchodzą się powoli i zaczyna grzać. W południe mam już przejechane 70 km i docieram do Imperii. Jadę kawałek drogą rowerową wzdłuż wybrzeża, wiatr wieje prosto w plecy i rozpędzam się prawie do 30 km/h bez wysiłku. W Imperii kąpię się w ciepłym morzu. Plaża jest piaszczysta, woda lazurowa, a morze lekko wzburzone. Odbijam na północ, bo dziś zatrzymuję się u mojego kolegi don Tomaso, który mieszka w górach. Spotykamy się w Dolcedo. Tam zostawiam rower i po pysznym obiedzie z włoską rodziną, już bez roweru, jedziemy w góry do Tavole, gdzie Tomasz mieszka. Dziś śpię pod dachem. Jest okazja, żeby zrobić pranie i naładować baterie. Wieczorem robimy wycieczkę samochodem po okolicznych miasteczkach. W każdym z nich można spotkać zabytki sprzed wielu wieków i inne atrakcje. Najbardziej urzeka mnie Valloria - miasto pomalowanych drzwi. Raz do roku przyjeżdżają tam malarze z całego świata i w ramach niezwykłego pleneru tworzą prawdziwe dzieła sztuki na drzwiach do domów.

Dzień 7: Chiavari - Savona

Włochy
103 km

Galeon Neptun w Genui
Wyjeżdżam z campingu o 9:00 i zaraz zatrzymuję się w parku na śniadanie. Zaraz za Chiavari zaczyna się ostry podjazd na 200 m, dwa tunele i zjazd do Rapallo. Następna góra jest jeszcze wyższa, ale pocieszam się, że to ostatnie takie wzniesienie tego dnia. Ze szczytu rozpościera się piękny widok. Robię więc odpoczynek, a potem zjeżdżam do Genui. Kilka godzin zwiedzam miasto, które jest zaskakująco bezludne. Może dlatego, że jest niedziela i mieszkańcy wyjechali na weekend? Genua to duże miasto, rozciągnięte wzdłuż wybrzeża na wiele kilometrów. W takich warunkach tempo jest wolne, bo co chwilę zatrzymuję się na światłach. Przez kilka kilometrów jadę drogą dla rowerów na trasie starej linii kolejowej. Oczywiście są tunele i piękne widoki. W Cogoleto udaje mi się zdążyć na Mszę św. o godz. 18:00 w małym kościółku. Na Mszy jest dużo turystów, a nawet kobieta z małym psem. Wieczorem zatrzymuję się jeszcze na krótką kąpiel w ciepłym morzu. Zgodnie z planem dojeżdżam do Savony, jem kolację nad morzem, a gdy zapada zmierzch szukam spokojnego miejsca na nocleg. Ulice są puste, bo Włosi grają mecz na Euro. Kładę się spać w korycie wyschniętej rzeki. Noc jest ciepła, nawet nie wchodzę do śpiwora. Późnym wieczorem budzą mnie krzyki, wystrzały fajerwerków i klaksony. Czyli Italia wygrała.

Dzień 6: Levanto - Chiavari

Włochy
53 km

Droga dla rowerów na trasie starej kolei
Dziś planuję krótki odcinek, więc śpię do oporu i wyjeżdżam o 10:00. Jadę wzdłuż wybrzeża piękną drogą dla rowerów wytyczoną na trasie nieczynnej linii kolejowej. Trasa jest bardzo widokowa i przeplatana tunelami. Co chwilę zatrzymuję się, by popatrzeć na spokojne morze. Najdłuższy tunel jest w remoncie - kładą nowy asfalt. Na szczęście jest sobota i z tej okazji prace są wstrzymane, a tunel przejezdny. Po 8 km dojeżdżam do Framury. Tu droga dla rowerów kończy się, zjeżdżam windą na poziom morza, przechodzę pod torami kolejowymi i rozpoczynam wspinaczkę na ponad 600 m. Jest słonecznie, ale nie upalnie, a do tego jadę w cieniu. Powoli zdobywam górę. Za miasteczkiem rozpoczyna się las, więc jedzie się bardzo przyjemnie. Ze szczytu rozciągają się piękne widoki z każdej strony.
Zanim rozpocznie się zjazd, robię dłuższą przerwę obiadową na parkingu przy drodze. Słońce zachodzi za chmury, wieje wiatr i robi się pogoda idealna do jazdy. Po obiedzie czeka na mnie deser w postaci zjazdu z 600 m do poziomu morza. Ruch samochodowy jest coraz większy. No tak, to wakacyjny weekend. Po południu dojeżdżam do Chiavari, gdzie zaplanowałem nocleg. Camping jest przy samym morzu i pewnie z tego powodu zatłoczony, ale znajduję jeszcze kawałek wolnej ziemi. Miejsce jest słabe i trochę żałuję, że się tu zatrzymałem. Jutro na pewno będę spał na dziko, może nawet na plaży.
Wieczorem idę na spacer po miasteczku. Trafiam na festyn świętojański i koncert Mauro Rizziego z zespołem.

Dzień 5: Muraglione - Levanto

Włochy
80 km
Katedra we Florencji
Wstaję o 5:40, jest już widno. Po kilkuset metrach zatrzymuję się przy źródełku i jem porządne śniadanie z gorącą kawą. Rozpoczynam podjazd na przełęcz Muraglione, na wysokość 907 m. Droga wije się serpentynami w lesie. Dobrze, że przed wyjazdem zmieniłem korbę na mniejszą (z 32 zębów na 22). To był strzał w 10, szczególnie mając w perspektywie Alpy wyższe o prawie 2 tysiące metrów od tej przełęczy. Niespodziewanie szybko jestem na szczycie. Robię zdjęcia, ubieram się w kurtkę, buty, ocieplacze na kolana i rozpoczynam jazdę w dół. Ale piękny zjazd - szybki, stromy i kręty. Po kilku kilometrach droga się wypłaszcza i robi się cieplej. W miasteczku Rufina po 35 km zatrzymuję się na solidne drugie śniadanie. Do przedmieść Florencji mam jeszcze 20 km.
Po górach i dolinach dojeżdżam do kolebki i perły renesansu. Ale cudo! Z daleka widać kopułę duomo. Florencja jest zatłoczona, słychać języki turystów z całego świata. Przez kilka godzin zwiedzam najważniejsze zabytki, choć nie wszędzie można wejść bez opłaty. Do południa na niebie były chmury, ale w środku dnia robi się upalnie.
Po południu jem obiad, wsiadam do pociągu na stacji Santa Maria Novella i jadę do Pizy. W Pizie spędzam tylko chwilę, oglądając oczywiście katedrę, baptysterium i krzywą wieżę. Jest rzeczywiście niezwykła.
Z Pizy jadę dalej pociągiem na wybrzeże. W mieście La Spezia mam kwadrans na przesiadkę, ale zdążam zrobić szybkie zakupy w centrum handlowym i w ostatniej chwili wskakuję z rowerem do pociągu. Dojeżdżam do Levanto i nocuję na campingu.

Dzień 4: Casalborsetti - Muraglione


Włochy
103 km
Mozaika w bazylice San Vitale w Rawennie

Przed wyjazdem wchodzę jeszcze do wody, ale tylko pomoczyć sobie nogi. Ruszam do Rawenny. Na drzewach głośno grają cykady. W Rawennie jestem dość wcześnie, ale już słońce mocno grzeje. Kupuję bilet i zwiedzam starochrześcijańskie zabytki. Jestem pod wrażeniem niezwykłych budowli i przede wszystkim pięknych mozaik.
Wyjeżdżam z miasta ok. 15:00. Kończy się płaski etap wyprawy. Przede mną podjazd na ponad 900 m. Ciekawe, dokąd dziś dojadę? Nastawiam się, że będę jechać nocą, bo mam dobre oświetlenie z przodu i z tyłu. Wieje w twarz i jest ponad 35 st. W Forli robię ostatnie zakupy, a podjazd robi się bardziej stromy. Jadę powoli, żeby się nie męczyć i co 10 km robię krótkie postoje. Na wieczór wiatr nie słabnie, lecz przeciwnie, zaczyna wiać coraz mocniej. Robi się całkiem ciemno, ale jadę dalej pod górę. Na wysokości 620 m zaczynam szukać miejsca na nocleg. Po lewej stronie drogi widzę stromą ścieżkę prowadzącą w dół do strumyka. Kładę rower na ziemię i sam rzucam się do śpiwora. Na początku ciężko mi się ułożyć, bo zsuwam się w dół. Po kilku próbach znajduję optymalną pozycję do spania i odpływam na 5 godzin. W nocy budzę się kilka razy, bo wiatr mocno, ale nie jest zimno.



Dzień 3: Fusino - Casalborsetti


Włochy
126 km
Odpoczynek obiadowy
Wyjeżdżam z campingu o 9:20. Pierwsza część dzisiejszej trasy prowadzi ruchliwą drogą. Mija mnie tir za tirem i nie jedzie się zbyt przyjemnie. Mam na bagażniku polską flagę i pozdrawiają mnie kierowcy-rodacy. Jest gorąco i bezwietrznie, smaruję się w ochronie przed słońcem. Robię się głodny, nie mam zapasów żywności, a na horyzoncie nie widać żadnego sklepu. Przed Chioggią zjeżdżam na boczną drogę. Wieje mocny wiatr w twarz i zwalniam z 22 do 15 km/h. Wreszcie po 50 km jazdy jest pierwszy supermarket. Robię zakupy i szukam miejsca na obiad. Skręcam znów na mniej ruchliwą równoległą drogę i po 25 km znajduję zacienione miejsce na odpoczynek. Nie wiem, ile jest stopni, ale żar leje się z nieba. Droga jest płaska i powoli robi się monotonna. Po 120 km zaczynam szukać miejsca na nocleg. Decyduję się na spanie na campingu w Casalborsetti, tym bardziej, że nie jest bardzo drogo. Po kolacji pierwszy raz wchodzę do morza. Woda jest cieplutka. Wieczorem nie mogę zasnąć, bo szalony włoski DJ prowadzi zabawę dla dzieci. Trochę się dziwię, że po pierwszym dniu poważnej jazdy nie czuję się zmęczony, nie bolą mnie ani mięśnie, ani kolana. Oby tak dalej.

Dzień 2: Hodoš - Fusino


Słowenia, Włochy
85 km
Przed bazyliką w Akwilei

Noc mija spokojnie i nawet dobrze mi się śpi na polu. W nocy tylko raz budzi mnie jeż fukając nad głową. Wstaję o 4:00 i pakuję się do słoweńskiego pociągu. Rower oddaję do przedziału bagażowego. Śpię twardo całą drogę do Ljubljany. W stolicy Słowenii mam 1 minutę na przesiadkę, ale udaje mi się zdążyć. Jadę cichym, klimatyzowanym pociagiem. Wysiadam na stacji Sežana o 10:05. Robię zakupy i ruszam ładną, nową drogą rowerową do granicy włoskiej. Po krótkim podjeździe zaczyna się ostry zjazd do Triestu. Cały czas muszę jechać na hamulcu.
Robię małę rundkę, zwiedzam miasto i ruszam do Akwilei. Wiatr wieje w plecy, dobrze się podjeżdża, jest 35 stopni, ale to nie problem. Za Monfalcone robię krótki odpoczynek i posiłek. Do Akwilei jadę pod wiatr nową drogą dla rowerów. Zwiedzam bazylikę z wielką mozaiką (największa zachowana mozaika wczesnochrześcijańska), rozmawiam z grupą miłych Francuzów i napełniam butle wodą. Jadę dalej do Cervignano ładną drogą dla rowerów, na której mogę się rozpędzić. W miasteczku wsiadam w pociąg Regionale Veloc i jadę do Wenecji. Wenecja nie nadaje się do zwiedzania na dwóch kółkach, więc prosto ze stacji jadę na camping Fusino.

Dzień 1: Zakopane - Hodoš

Polska, Słowacja, Węgry, Słowenia
45 km
Jeden z czterech węgierskich pociągów

Przed północą wyjeżdżam z domu. Jest ciepła, pogodna noc. Na niebie świecą gwiazdy. Jadę w kierunku granicy słowackiej. Przede mną 30-kilometrowy odcinek drogi na stację kolejową. Przy wylocie Doliny Chochołowskiej muszę się ubrać, bo robi się coraz chłodniej. Jazda jest przyjemna, bo droga prowadzi cały czas w dół. Po godz. 1:00 jestem na stacji Trstená. Koło budki zawiadowcy rozkładam karimatę i układam się do snu na kilka godzin, bo pociąg mam po 4:00.
Jest jeszcze ciemno, gdy ładuję się z rowerem do vlaka. To pierwszy z wielu pociągów, którymi będę jechał przez najbliższe dwa dni. Następna przesiadka na stacji Kraľovany. Rower pakuję do przedziału bagażowego i dojeżdżam do Bratysławy. Na dworcu jem wielką pizzę i wsiadam do luksusowego pociągu RegioJet. Jest klimatyzacja, świeża prasa i darmowe WiFi. W takich warunkach docieram do Komárna na granicy węgierskiej. Po wyjściu z pociągu uderza mnie fala gorąca. Jest sporo ponad 30 st. Przejeżdżam Dunaj, w Komárom kupuje bilet i wsiadam do węgierskiego klimatyzowanego pociągu. Jeszcze 3 przesiadki czekają mnie w tym pierwszym dniu wyprawy. W pociągu do Győr spotykam miłego Słoweńca, który jedzie do Wiednia kolarką z wielkim workiem na plecach. Kolejny skład nie ma przedziału rowerowego, ale jest dużo miejsca na korytarzu, a pociąg jest prawie pusty. Za oknem krajobraz jest monotonny, więc śpię cały odcinek. Na kolejnej stacji Celldömölk jest sporo zamieszania, bo w jednym czasie odjeżdżają  4 pociągi w 3 kierunkach. Mój pociąg jest opóźniony i nie ma wagonu rowerowego. Ładuję się do pierwszego wagonu za lokomotywą. Na szczęście nie jest ciasno i rower nikomu nie przeszkadza. Zbliża się wieczór, ale cały czas jest gorąco. Ostatnia tego dnia przesiadka jest w Zalaegerszeg. Miły konduktor z poprzedniego składu wskazuje mi mały szynobus (na zdj.). W środku jest miejsce na rower, a ludzi garstka. Pewnie reszta ogląda Euro. Po zmroku dojeżdżam do Őriszentpéter, a następnie jadę 10 km do granicy słoweńskiej. Koło stacji Hodoš kładę się na polu i zasypiam na kilka godzin. Tak mija pierwszy dzień wyprawy, spędzony w 7 pociągach. Ze smutkiem stwierdzam, że podróż z rowerem w pociągach słowackich i węgierskich jest o wiele przyjemniejsza i mniej problemowa, niż w składach należących do wszelakich spółek PKP. Czy to się kiedyś zmieni?

Le Tour des Alpes 2012

Wyprawa dookoła Alp. Tak nazwałem tegoroczną rowerową przygodę, którą przeżyłem na przełomie czerwca i lipca. Ponad 1600 km w 20 dni, kąpiele w morzu, góry, wjazd na Col de la Bonette, zabytki, krajobrazy i wiele innych wspaniałych przeżyć wakacyjnych.
Taka trasa wyszła
Pod tym linkiem można obejrzeć zdjęcia z wyprawy. A wkrótce ukaże się szczegółowa relacja.

13 czerwca 2012

Nowa droga osturńska

Na tę wycieczkę umawialiśmy się już miesiąc temu. Piątek po Bożym Ciele to dzień wolny od szkoły, można było więc zebrać małą ekipę i wyruszyć w góry. Tym razem plany były ambitne - wyprawa za granicę i trochę ostrych podjazdów.
O 8:00 rano wyruszyliśmy w stronę Łysej Polany. Pogoda była dobra. Prognozy nie przewidywały ani opadów ani upału. W dobrym tempie zdobywamy pierwsze premie górskie - Cyrhlę i Wierchporoniec. Jedziemy w dół do przejścia granicznego. W związku z mistrzostwami Europy w gałę miała być kontrola graniczna. Przygotowujemy paszporty, ale na granicy nie widać żywego ducha. Wjeżdżamy na Słowację i po krótkim podjeździe i zjeździe rozpoczynamy spokojną wspinaczkę na Zdziarską Przełęcz. Słońce na krótkie chwile wychodzi zza chmur. Za przełęczą skręcamy w lewo w las i jedziemy jeszcze kilkaset metrów pod górę na 1134 m npm. Po chwili odpoczynku rozpoczynamy szaleńczy zjazd przez 8 km piękną drogą z nowym asfaltem. Wokół nas rozciąga się przepiękna panorama Tatr i Podhala. Z prędkością dochodzącą do 70 km/h dojeżdżamy do Osturni. Za wioską robimy przerwę na posiłek w cieniu drzewa na drodze.
Po pół godzinie odpoczynku kierujemy się do Łapszanki. Znowu mamy piękną drogę z nowym asfaltem. Podjazd jest bardzo ostry, przez chwilę wszyscy prowadzimy rowery. Po 3 kilometrach jesteśmy z powrotem w Polsce. Jedziemy na zachód podziwiając znów piękną panoramę Tatr. Trasa prowadzi w dół, ale nie możemy rozpędzić się z powodu dziurawej drogi. Po ostrym zjeździe czeka nas stromy podjazd w Bukowinie Tatrzańskiej. Tym razem nie prowadzimy rowerów, ale co kilkaset metrów robimy krótkie odpoczynki. Nad Zakopanem gromadzą się ciemne chmury i obawiamy się załamania pogody. Jak to bywa w górach po ostrym podjeździe czeka nas zjazd do Poronina przez Stasikówkę. Z Poronina mamy już tylko 10 km do domu. Pogoda na szczęście nie zmienia się. Chmury burzowe odchodzą na zachód i coraz częściej wychodzi słońce. Na Ustupie zatrzymujemy się na zasłużony obiad i deser lodowy. Napełniwszy żołądki wracamy do domu bardzo zadowoleni. Za nami 70 km do przodu i 1400 m do góry. To była bardzo udana wycieczka.

Więcej zdjęć pod tym linkiem.
Za nami pierwszy podjazd na Toporową Cyrhlę

Zdziarska Przełęcz

Początek zjazdu nową drogą do Osturni

Ostry podjazd z Osturni do Łapszanki


9 maja 2012

Papieskim szlakiem we mgle

Po udanej wycieczce do Wadowic postanowiliśmy w następnym tygodniu wyruszyć ponownie na dwóch kółkach po górkach, tym razem papieskim szlakiem do Ludźmierza. Dzień przed planowanym wyjazdem mocno padało, ale w nocy miało przestać. I sprawdziło się, choć od rana ciemne chmury wisiały nad Zakopanem.
Ruszamy o 8:00, tym razem w grupie czteroosobowej razem z Klaudią, Zuzią i Kamilem. Zuzia towarzyszy nam tylko kawałek na Gubałówkę, ale za to przed szczytem dołącza do nas Mateusz, który zaspał na 8:00.
Nie pada, ale jest zimno i wilgotno. W spokojnym tempie zdobywamy Gubałówkę, powoli zanurzając się w mgłę. Na szczycie nie ma turystów, co wcale nie dziwi patrząc na zachmurzone niebo i zamglone góry. Termometr w liczniku Mateusza pokazuje niewiele ponad 5 stopni ciepła (zimna?). Zakładamy na siebie wszystkie kurtki, czapki i rękawiczki i rozpoczynamy szaleńczy, mrożący krew w żyłach i wszystkie nasze członki, zjazd. Za Zębem mgła jest taka gęsta, że ledwo co widać przed nami. Zapalamy lampki rowerowe, żeby poprawić naszą widoczność. Po długich zjazdach rozgrzewamy się na podjeździe w Maruszynie. Chmury podnoszą się stopniowo i dokoła rozpościerają się piękne widoki. Żałujemy, że nie ma słonecznej pogody.
Następna wioska to już Ludźmierz. Modlimy się w Sanktuarium, ogrzewamy troszkę w kościele, jemy drugie śniadanie i jedziemy dalej do Nowego Targu. Następny przystanek na ogrzanie się i odżywianie to przydrożny bar szybkiej obsługi przy wyjeździe z Nowego Targu.
Zza chmur zaczyna przedzierać się słońce i robi się coraz cieplej. Do Szaflar jedziemy kawałek ruchliwą zakopianką, a dalej już starą drogą ze spokojnym ruchem samochodowym. Droga wiedzie lekko pod górę, ale nie ma wiatru i dobrze się jedzie. Mateusz zaczyna słabnąć i narzekać. Dla niego przejechanie ponad 50 km to wiekopomny wyczyn. Reszta grupy pogania go stanowczo i uczy jazdy jednostajnym tempem, prostoliniowo i siedząc na siodełku.
Rozgrzani jazdą pod górkę, dojeżdżamy do Zakopanego. Ostatni element podróży to lody, które nie zmieściły się w naszych żołądkach w Wadowicach. A w głowach rodzą się już pomysły na koleją wycieczkę naszej małej supergrupy rowerowej.

Wjeżdżamy na Gubałówkę, powoli zatapiając się we mgłę.

Jesteśmy już na szczycie. Teraz trzeba dobrze się ubrać przed szybkim zjazdem.


Trasa rowerowa 1562092 - powered by Bikemap 

3 maja 2012

Wadowicka wycieczka majowa

Po krótkich przejażdżkach w okolicy domu przyszedł czas na poważną stukilometrową wycieczkę. Wybrałem się z trójką dzielnych wędrowców: Klaudią, Kamilem i Szymkiem do Wadowic.
Ruszamy z Zakopanego o 8:00 rano i po krótkim podjeździe na Gronik rozpoczyna się długi prosty zjazd. Świeci majowe słońce, ale chłodzi nas boczny wiatr. Po 20 km robimy krótki odpoczynek, ale nikt jeszcze nie jest zmęczony. Po 35 km w Pieniążkowicach zaliczamy małą górkę. Podjazd nie jest na szczęście długi ani męczący. Odpoczywając na górce, słyszymy w dali grzmoty i zbliżającą się burzę. Niedobrze, ale może uda się ominąć deszcz.
W Rabie Wyżnej zjeżdżamy z głównej drogi, żeby skrótem przejechać do Jordanowa. W Wysokiej, jak sama nazwa wskazuje, zdobywamy kolejny podjazd i cieszymy się, że w dobrym tempie przejechaliśmy już 50 km. W Jordanowie odpoczywamy pół godziny. Jemy drugie śniadanie, ale przede wszystkim czekamy, jak rozwinie się sytuacja pogodowa. W kierunku północno-zachodnim widać burzowe chmury. To dokładnie tam, dokąd mamy jechać. Za Jordanowem na 50 km podjeżdżamy na górkę, z której roztacza się piękny widok na doliny wzdłuż Skawy. Wszystko skąpane jest w słońcu, to znak, że burza przeszła bokiem.
W dość sporym ruchu ulicznym przejeżdżamy Maków Podhalański i Suchą Beskidzką. Za Zembrzycami wjeżdżamy na nowy most, jeszcze nie oddany do użytku. Niestety, na końcu mostu wylany jest świeży beton i musimy zawrócić i pojechać starą drogą. W tym miejscu widać już z daleka budowany od lat zbiornik wodny przy zaporze Świnna Poręba. Budowa powoli dobiega końca. Pozostało tylko przełożenie linii kolejowej i zbudowanie nowego mostu oraz grobli przez nowe jezioro.
Burza odeszła daleko i znowu robi się bardzo gorąco. Jest już 15:00 a nam zostało 15 km do Wadowic. Za nami już prawie 100 km. Jesteśmy bardzo dumni i zadowoleni z faktu, że udało się bez większego wysiłku machnąć taki odcinek. Najbardziej podziwiamy Klaudię, która bez narzekania podjeżdża pod każdą górkę i naprawdę daje radę.
Przed 16:00 wjeżdżamy na wadowicki rynek. W programie wycieczki mamy zwiedzanie Bazyliki, ale również obiad i deser. Na obiad jemy pizzę, która tak wszystkich nasyca, że na deser nie ma już miejsca. Trudno, zjemy lody innym razem.
Po obfitym obiedzie odpoczywamy chwilę i ruszamy do pociągu na stację Stryszów. Przed nami jeszcze 15 km, ale niestety z ostrymi podjazdami. Po drodze odwiedzamy jeszcze pallotyński dom na Kopcu, modlimy się chwilę w kaplicy i próbujemy wykrzesać resztki sił na ostatnie 10 km. Nie śpiesząc się zbytnio, przyjeżdżamy na stację 20 minut przed odjazdem pociągu. Czas spędzony w przedziale kolejowym mija zaskakująco szybko. Wspominamy wydarzenia z kończącego się dnia i dzielimy się wrażeniami z wycieczki. Przez okna pociągu ze spokojem obserwujemy ulewy i burze szalejące na trasie naszego niedawnego przejazdu. Pogodę mieliśmy naprawdę udaną.
O 21:00 jesteśmy na stacji Zakopane i w znakomitych humorach rozjeżdżamy się do domów, a na licznikach już 120 km od rana.
Jak widać, najwięcej zależy od głowy. Okazało się, że jadąc odpowiednim tempem, w dobrej grupie, można śmiało przejechać 100 km (i 800 m podjazdów) i przeżyć. Polecam wszystkim, aby spróbowali.

Widok na dolinę wzdłuż Skawy. A w dali już leje deszcz.

To wszystko będzie kiedyś zalane. A póki co budują.

Przed wadowicką bazyliką po przejechaniu 100 km




Trasa rowerowa 1550762 - powered by Bikemap 

20 kwietnia 2012

Zdobywca gmin

Kilka lat jeżdżenia na dwóch kółkach z sakwami, a już udało mi się odwiedzić ok. 359 gmin w Polsce.
Poniższa mapka ciekawie ukazuje rejony po których jeździłem w ramach przeróżnych wypraw oraz gminy leżące w pobliżu moich miejsc zamieszkania.

Póki co nie planuję znacząco powiększyć tej liczby, bo na obecnym etapie wyprawowym zwiedzam różne zakątki Europy.

9 kwietnia 2012

Plany na 2012

Po długiej przerwie zimowej pora wrócić do jazdy.
Szczegółowo zaplanowałem już tegoroczną wyprawę wakacyjną i chciałem podzielić się tymi planami.
W tym roku zamierzam objechać Alpy jadąc przez Włochy i Francję. Trasa będzie typowo turystyczna, z odpoczynkiem nad morzem, zwiedzaniem Ravenny, Florencji, Genui, Monaco, Lyonu i Ars. Po drodze będzie też wysoka góra (2802 mnpm). Spanie na campingach i na dziko, jedzenie własne, dojazd do Włoch i powrót z Niemiec pociągami. Dystanse dzienne do 130 km po płaskim i 65 km w wysokich górach. Termin: II połowa czerwca, początek lipca.
Mam już kilku towarzyszy, którzy wstępnie zadeklarowali udział w wyprawie, ale jeśli ktoś jeszcze chciałby przeżyć wielką przygodę, to można się dołączyć.