Zapraszam do lektury relacji dzień po dniu z wyprawy Le Tour des Alpes:
Włochy:
Dzień 1. Dzień 2. Dzień 3.
Dzień 4. Dzień 5. Dzień 6.
Dzień 7. Dzień 8. Dzień 9.
Francja:
Dzień 10. Dzień 11. Dzień 12.
Dzień 13. Dzień 14. Dzień 15.
Dzień 16. Dzień 17. Dzień 18.
Dzień 19 i 20.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
1 września 2012
31 sierpnia 2012
Dzień 18: Morteau - Huningue
Francja, Szwajcaria
124 km
Wyjeżdżamy o 9:30. Jest zimno i pochmurno. Po 5 km zaczyna się podjazd i można się rozgrzać. Przez dwa tunele wjeżdżamy do Szwajcarii. Przejeżdżamy Le Locle i bardzo ładne miasto La Chaux-de-Fonds. Jesteśmy na Jurze szwajcarskiej, więc po chwili czeka nas podjazd na 1070 m. Robimy przerwę na drugie śniadanie. Wychodzi słońce i trzeba się posmarować kremem. Jedziemy trasą, na której za 3 dni będą się ścigać uczestnicy Tour de France. Za Saint-Brais skręcamy na szlak rowerowy nr 7. Na szczycie jemy obiad na ciepło przy stole. Po przerwie obiadowej raduje nas długi, prosty i szybki zjazd, na którym osiągamy prędkość ponad 60 km/h. Po minięciu autostrady mamy niestety stromy podjazd na przełęcz de la Croix. Podjazd jest ostry i robimy odpoczynki po podjechaniu każdych 100 m. Za szczytem jest już miła droga w dół z kilkoma lekkimi podjazdami. Podczas jednego z szybkich zjazdów Marek jadący za mną, zagapił się i nie zauważył, że skręciłem na skrzyżowaniu w prawo. Przekonany, że jestem przed nim, pędzi dalej kilka km na złamanie karku. Wreszcie udaje mi się go dogonić, ale przez to musimy nadrobić drogi. Po krótkim pobycie w Szwajcarii wjeżdżamy znów do Francji. Po 95 km robimy ostatni dłuższy odpoczynek. Ostatnie 30 km to droga praktycznie cały czas w dół ze średnią prędkością ok. 30 km/h. Ok. 20.00 tuż przed zamknięciem sklepu robimy zakupy w Saint-Louis i jedziemy do Huningue na nocleg. Śpimy na campingu tuż nad Renem. W oddali słychać barki płynące na rzece, a z bliska rozkrzyczaną francuską młodzież. Tuż po rozbiciu namiotów przychodzi krótka burza, ale mamy już bezpieczne schronienie.
124 km
| Wyprzedziliśmy wielki Tour o 3 dni |
Dzień 17: Ravilloles - Morteau
Francja
111 km
Po zbudzeniu się o 6:00 wyjeżdżamy o 7:20. Jest chłodno, więc dobrze nam robi na początek dnia podjazd na 900 m. npm. Jesteśmy w Jurze francuskiej i przez cały dzień towarzyszą nam piękne górskie krajobrazy, urocze wioski, krowy na łące, strumyki i jeziorka. W środku dnia robimy dłuższy odpoczynek obiadowy nad jez. Lac Saint-Point. Po posiłku śpimy prawie 2 godziny w cieniu za przystankiem autobusowym. Dalej jedziemy wzdłuż rzeki Le Doubs, która płynie pięknym przełomem między skałami. Nawiedzamy kaplicę w jaskini – cud świata. Przed 18:00 jesteśmy w Morteau, gdzie planowaliśmy nocleg. Robimy zakupy na kolację i kolejny dzień i rozbijamy się na campingu. Zdążamy tuż przed burzą, ciesząc się, że nie pojechaliśmy dalej. Po burzy podziwiamy pełną podwójną tęczę. Jutro już ostatni dzień rowerowy i odwiedziny Szwajcarii.
111 km
| Pobudka po noclegu na dziko w lesie |
Dzień 16: Ars - Ravilloles
Francja
124 km
W nocy jest zimno, a namiot nad ranem jest cały w rosie. Na 8:00 jedziemy do bazyliki na Mszę św. przy grobie św. Proboszcza. Po Mszy zwiedzamy dom św. Jana Marii Vianney’a i wracamy na śniadanie. Wychodzi słońce, dzięki czemu namiot szybko robi się suchy. Pakujemy się i wyjeżdżamy z campingu. Kupujemy pamiątki przy bazylice, robimy zdjęcia i spotykamy bardzo miłe starsze małżeństwo z Nowej Zelandii. Rozmawiamy długo o Panu Bogu i bł. Janie Pawle II.
Pierwszy odcinek dzisiejszej drogi jest płaski i szybki. Bez zatrzymywania się przejeżdżamy 45 km. W Bourg-En-Bresse robimy zakupy i jemy obiad w parku przy stole. Po krótkim leżakowaniu ruszamy, bo zbliża się już 16:00, a przed nami jeszcze kawał drogi. Po kilku kilometrach za miastem zaczyna się podjazd. Najpierw dwie małe górki, a potem trzecia najwyższa. Po górach zjazd do doliny rzeki L’Ain. Wokół nas rozciągają się przepiękne widoki. Nad rzeczką jemy podwieczorek i jedziemy dalej wzdłuż jeziora Lac de Coiselet. Za jeziorem zmieniamy rzekę i jedziemy doliną La Bienne. W Vaux-Lès-Saint-Claude planowaliśmy nocleg na campingu pod górującą romańską kapliczką na szczycie skały, ale postanawiamy dziś spać na dziko i jedziemy dalej. Dzień jest długi, więc możemy jeszcze machnąć kilka km. Odbijamy na północ i jedziemy pod górę. W okolicy wioski Ravilloles znajdujemy dobre miejsce na obóz. Rozbijamy się na łące pod lasem, w miejscu gdzie dostrzegamy sarny. Księżyc w pełni oświetla polanę i w jego blasku jemy kolację, wsłuchując się w odległy dźwięk krowich dzwonków. Jesteśmy na wysokości ponad 600 m. npm. W nocy podchodzą do nas zwierzęta (sarny?), ale nie zaglądają do namiotów.
124 km
| Bazylika w Ars u św. Jana Marii Vianney'a |
W nocy jest zimno, a namiot nad ranem jest cały w rosie. Na 8:00 jedziemy do bazyliki na Mszę św. przy grobie św. Proboszcza. Po Mszy zwiedzamy dom św. Jana Marii Vianney’a i wracamy na śniadanie. Wychodzi słońce, dzięki czemu namiot szybko robi się suchy. Pakujemy się i wyjeżdżamy z campingu. Kupujemy pamiątki przy bazylice, robimy zdjęcia i spotykamy bardzo miłe starsze małżeństwo z Nowej Zelandii. Rozmawiamy długo o Panu Bogu i bł. Janie Pawle II.
Pierwszy odcinek dzisiejszej drogi jest płaski i szybki. Bez zatrzymywania się przejeżdżamy 45 km. W Bourg-En-Bresse robimy zakupy i jemy obiad w parku przy stole. Po krótkim leżakowaniu ruszamy, bo zbliża się już 16:00, a przed nami jeszcze kawał drogi. Po kilku kilometrach za miastem zaczyna się podjazd. Najpierw dwie małe górki, a potem trzecia najwyższa. Po górach zjazd do doliny rzeki L’Ain. Wokół nas rozciągają się przepiękne widoki. Nad rzeczką jemy podwieczorek i jedziemy dalej wzdłuż jeziora Lac de Coiselet. Za jeziorem zmieniamy rzekę i jedziemy doliną La Bienne. W Vaux-Lès-Saint-Claude planowaliśmy nocleg na campingu pod górującą romańską kapliczką na szczycie skały, ale postanawiamy dziś spać na dziko i jedziemy dalej. Dzień jest długi, więc możemy jeszcze machnąć kilka km. Odbijamy na północ i jedziemy pod górę. W okolicy wioski Ravilloles znajdujemy dobre miejsce na obóz. Rozbijamy się na łące pod lasem, w miejscu gdzie dostrzegamy sarny. Księżyc w pełni oświetla polanę i w jego blasku jemy kolację, wsłuchując się w odległy dźwięk krowich dzwonków. Jesteśmy na wysokości ponad 600 m. npm. W nocy podchodzą do nas zwierzęta (sarny?), ale nie zaglądają do namiotów.
Dzień 15: Tain - Lyon - Ars
Francja
49 km
Całą noc leje i nad ranem nie przestaje. Czekamy na zmianę pogody. O 10:30 postanawiamy podjechać do Lyonu pociągiem. W deszczu jedziemy na stację kolejową i pakujemy się do pociągu TER. Jest dużo ludzi, ale znajdujemy dwa wolne siedzenia i miejsce na rowery. W Lyonie już tylko mży. Zwiedzamy miasto, wjeżdżamy z trudem na wzgórze bazyliki Fourvière, objeżdżamy stary Lyon i jemy obiad w olbrzymim Parc de la Tête D’Or. Opuszczamy Lyon i gnamy do Ars, żeby zdążyć na Mszę św. o godz. 18:00. Szanse są marne, bo czasu coraz mniej. Ale jakimś cudem wiatr wieje prosto w plecy i pędząc 30 km/h dojeżdżamy pod bazylikę o godz. 17:55. Po Mszy u św. Jana Marii Vianney’a jedziemy na camping. Wieczorem spotykamy się z moimi przyjaciółmi, którzy wracają właśnie z Taizé i jadą na noc do Genewy. Jemy wspólną kolację i długo gadamy wymieniając wrażenia.
49 km
![]() |
| Lyon |
Dzień 14: Salles - Tain
Francja
89 km
W nocy mocno wieje. Podobnie nad ranem. Wyjeżdżamy wcześnie rano i szukamy cichego miejsca na śniadanie. Znajdujemy takie w lesie. Po krótkim podjeździe jedziemy ostro w dół do Montelimar. Zaczynamy długi kawałek trasy w górę Rodanu. Wieje mocny wiatr, zbierają się chmury i robi się zimno. Na płaskim terenie ledwo osiągamy 20 km/h. Zaczyna padać. Pierwszy deszcz od dwóch tygodni, nie licząc kilku kropel burzy, która przeszła bokiem w Alpach. Zatrzymujemy się na przystanku, żeby przeczekać opady. Przestaje padać i jedziemy dalej. Przejeżdżamy na drugą stronę rzeki i w Le Pouzin zatrzymujemy się w parku na posiłek. Jedziemy dalej do Valence, a wiatr nie przestaje nam przeszkadzać. Jest niedziela, więc na obiad zachodzimy do restauracji. Wprawdzie to tylko McDonalds, ale w ten sposób czcimy Dzień Pański. Podczas posiłku zaczyna okropnie lać. Siedzimy prawie 2 godziny, licząc na poprawę pogody. Wydaje się, że pada mniej, więc ruszamy. Co chwilę robimy odpoczynki wysuszające na przystankach. W Tain-L’Hermitage znowu leje jak z cebra i musimy się zatrzymać na środku ulicy pod sklepową markizą. Jest już późne popołudnie, więc podejmujemy decyzję – nie będziemy się tak męczyć, ale zatrzymujemy się na nocleg na miejskim campingu. W ulewnym deszczu rozbijamy namioty, jemy kolację i idziemy spać. Mój namiot jest suchy, ale Marek niestety tę noc spędzi w warunkach mokrych.
89 km
| Deszczowa niedziela |
Dzień 13: Curbans -Salles
Francja
124 km
Śpimy długo i wyjeżdżamy dopiero o 9:15. Najpierw jedziemy z wiatrem w dół. Ale po kilku kilometrach rozpoczyna się podjazd z 580 na 928 m. Na szczęście droga biegnie w lesie i upał nas nie męczy. Po zjeździe do Serres skręcamy w lewo na Nyons i wspinamy się znów na przełęcz 837 m., by później cieszyć się jazdą w dół. Droga jest bardzo urokliwa, prowadzi przez niezamieszkałe tereny. Dalej jedziemy wzdłuż rzeki Eygues. Przez cały dzień towarzyszą nam piękne krajobrazy – fantazyjne góry i skały oraz dużo leśnych obszarów. Po zakupach zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu i gotujemy obiad z puszki. Jest upalnie, więc robimy dłuższą przerwę na leżakowanie. Potem wchodzę do rzeczki, żeby ochłodzić sobie nogi i okazuje się, że woda jest bardzo ciepła. Znajdujemy kąpielisko między skałami i pływamy jak w basenie. Woda jest w tym miejscu tak głęboka, że mnie kryje. Po wspaniałej kąpieli zjeżdżamy do Nyons. Robimy przerwę na posiłek i dalej bocznymi drogami udajemy się w kierunku doliny Rodanu. Po 21:00 szukamy miejsca na nocleg. Znajdujemy kawałek łąki w dole, poza widokiem z drogi nad strumykiem. Po zapadnięciu zmroku słyszymy w zaroślach zwierzęta, pewnie sarny. W nocy okazuje się, że to jednak dziki, ale nie podchodzą do namiotów, tylko kręcą się przy strumyku.
124 km
| W taki upał najlepiej schłodzić się w górskim potoku |
Dzień 12: Przez Col de la Bonette
Francja
104 km
Wstajemy o 6:00, jemy śniadanie i wyjeżdżamy o 7:15. Powoli zdobywamy przełęcz. Widoki zapierają dech w piersiach. Niebo jest błękitne, nie ma wiatru, jedzie się przyjemnie. Po obu stronach drogi pojawiają się stada świstaków, które nie płoszą się na nasz widok. Ostatnie 100 m. jest bardzo strome i musimy pchać rowery pod górę. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze, by zrobić zdjęcia na tle wielkich połaci śniegu. Powoli dociera do nas, że się udało! Zdobyliśmy Col de La Bonette, najwyższą drogę przejazdową w Europie! Wjechaliśmy rowerami z bagażem na 2802 m. npm. Mimo wczesnej pory na szczycie jest już kilku turystów, którzy głośno wyrażają swój podziw dla naszego wyczynu. Po zrobieniu zdjęć przy głazie-pomniku zostawiamy rowery na drodze i wchodzimy na punkt widokowy na szczycie (2862 m. npm). Jestem wyżej niż najwyższe szczyty tatrzańskie i do tego wjechałem tu rowerem. Niesamowite! Chwila jest tak niezwykła, że chciałoby się zostać w tym miejscu jak najdłużej.
Wreszcie zbieramy się jednak do zjazdu. Choć słońce już mocno świeci, zakładam kurtkę przeciwwiatrową i ocieplacze na kolana. Przed nami szaleńcza droga w dół. Czuję lekki dreszcz emocji. Wszak dokładnie w tym miejscu w 2008 r. podczas etapu Tour de France kolarz południowoafrykański Augustin nie wyrobił się na zakręcie i spadł w przepaść razem z rowerem. Na szczęście bez żadnych poważnych obrażeń. Widziałem to na żywo w Eurosporcie. Trzymając więc dłonie na klamkach hamulcowych ruszamy w dół. Prędkość błyskawicznie dochodzi do 50 km/h. Niestety na wysokości 2585 m. npm. nie udaje mi się wyrobić na ostrym zakręcie 180 st. Wylatuję z drogi i wpadam na kamieniste pobocze. Upadek, wywrotka, leżę w pyle drogi. Na szczęście rower jest cały i ja jestem cały. Wsiadam z powrotem i zjeżdżam dalej, tym razem już hamując przed każdym zakrętem. Po zjechaniu ponad 100 m. zauważam, że zgubiłem GPS-a podczas wywrotki. Zatrzymuję się i dostrzegam też, że muszę opatrzyć sobie kolano, które jest lekko otarte i krwawi. Zdejmuję sakwy i wracam 100 m. do góry po sprzęt. Znajduję bez problemu na poboczu. Oczywiście działa bez szwanku. Po takiej dłuższej chwili od wypadku zaczynam odczuwać ból kolana i ręki. Jednak mocno się potłukłem, ale nie przeszkadza to w jeździe, tym bardziej, że przez najbliższe kilkadziesiąt kilometrów w dół nie muszę w ogóle pedałować. Cały czas jadąc o wiele ostrożniej niż na początku drogi, docieramy do miasteczka Jausiers. Droga prowadzi dalej w dół, ale już o wiele łagodniej. Świeci słońce, ale wieje mocny wiatr w twarz, więc nawet nie czujemy spadku i musimy mocno pedałować, żeby utrzymać szybkie tempo. W Barcelonnette zatrzymujemy się na zakupy, a po kolejnych 7 km. robimy postój obiadowy. Po takich przeżyciach raczymy się gorącym francuskim przysmakiem z puszki. To nie koniec pięknych widoków na dziś. Dojeżdżamy do turkusowego jeziora Lac de Serre-Ponçon Zanim będziemy podziwiać ten cud przyrody, musimy wspiąć się 200 m. Wszystkie trudy tego podjazdu rekompensuje bajeczny widok jeziora i okolic. Jedziemy wzdłuż jeziora, a potem wzdłuż rzeki La Durance. W miasteczku Les Tourniéres zatrzymujemy się na kolację przy wodopoju. Po dwóch nocach na dziko będziemy dziś szukać campingu. Znajdujemy nocleg w Curbans po 13 km. Miejsce jest bardzo miłe, a do tego właściciel zaprasza nas do skorzystania z basenu! Oczywiście nie odmawiamy. Po takim niezwykłym dniu niezwykle miło się relaksujemy.
104 km
| Na najwyższej drodze w Europie |
Wreszcie zbieramy się jednak do zjazdu. Choć słońce już mocno świeci, zakładam kurtkę przeciwwiatrową i ocieplacze na kolana. Przed nami szaleńcza droga w dół. Czuję lekki dreszcz emocji. Wszak dokładnie w tym miejscu w 2008 r. podczas etapu Tour de France kolarz południowoafrykański Augustin nie wyrobił się na zakręcie i spadł w przepaść razem z rowerem. Na szczęście bez żadnych poważnych obrażeń. Widziałem to na żywo w Eurosporcie. Trzymając więc dłonie na klamkach hamulcowych ruszamy w dół. Prędkość błyskawicznie dochodzi do 50 km/h. Niestety na wysokości 2585 m. npm. nie udaje mi się wyrobić na ostrym zakręcie 180 st. Wylatuję z drogi i wpadam na kamieniste pobocze. Upadek, wywrotka, leżę w pyle drogi. Na szczęście rower jest cały i ja jestem cały. Wsiadam z powrotem i zjeżdżam dalej, tym razem już hamując przed każdym zakrętem. Po zjechaniu ponad 100 m. zauważam, że zgubiłem GPS-a podczas wywrotki. Zatrzymuję się i dostrzegam też, że muszę opatrzyć sobie kolano, które jest lekko otarte i krwawi. Zdejmuję sakwy i wracam 100 m. do góry po sprzęt. Znajduję bez problemu na poboczu. Oczywiście działa bez szwanku. Po takiej dłuższej chwili od wypadku zaczynam odczuwać ból kolana i ręki. Jednak mocno się potłukłem, ale nie przeszkadza to w jeździe, tym bardziej, że przez najbliższe kilkadziesiąt kilometrów w dół nie muszę w ogóle pedałować. Cały czas jadąc o wiele ostrożniej niż na początku drogi, docieramy do miasteczka Jausiers. Droga prowadzi dalej w dół, ale już o wiele łagodniej. Świeci słońce, ale wieje mocny wiatr w twarz, więc nawet nie czujemy spadku i musimy mocno pedałować, żeby utrzymać szybkie tempo. W Barcelonnette zatrzymujemy się na zakupy, a po kolejnych 7 km. robimy postój obiadowy. Po takich przeżyciach raczymy się gorącym francuskim przysmakiem z puszki. To nie koniec pięknych widoków na dziś. Dojeżdżamy do turkusowego jeziora Lac de Serre-Ponçon Zanim będziemy podziwiać ten cud przyrody, musimy wspiąć się 200 m. Wszystkie trudy tego podjazdu rekompensuje bajeczny widok jeziora i okolic. Jedziemy wzdłuż jeziora, a potem wzdłuż rzeki La Durance. W miasteczku Les Tourniéres zatrzymujemy się na kolację przy wodopoju. Po dwóch nocach na dziko będziemy dziś szukać campingu. Znajdujemy nocleg w Curbans po 13 km. Miejsce jest bardzo miłe, a do tego właściciel zaprasza nas do skorzystania z basenu! Oczywiście nie odmawiamy. Po takim niezwykłym dniu niezwykle miło się relaksujemy.
30 sierpnia 2012
Dzień 11: Do Camp des Fourches
Francja
65 km
Budzimy się o 7:00, jemy śniadanie i wyjeżdżamy o 8:25. Dziś cały dzień będziemy jechać pod górę. Na szczęście podjazd jest łagodny, a widoki przepiękne. W St-Sauver-sur-Tinée odpoczywamy, jemy II śniadanie i nabieramy wody na dalszą drogę. Podjeżdżamy kolejne metry – 500, 600, 700, 800... Dokoła rozpościerają się piękne widoki, na niebie chmury lekko zakrywają słońce, a wiatr wieje w plecy. W miasteczku Isola robimy przerwę obiadową w parku. Jest stół, a nawet WC. Dobrze, że nie ma upału. Troszkę przeraża nas myśl, że przed nami jeszcze 2000 m. podjazdów. W Saint-Étienne-de-Tinée, ostatnim miasteczku przed szczytem, nabieramy dużo wody na zapas. Podjazd robi się bardziej stromy, ale pogoda w dalszym ciągu jest bardzo sprzyjająca. Jesteśmy w górach, więc sytuacja szybko się zmienia. Po podjechaniu 250 m, na wysokości 1700 nagle zbierają się ciemne chmury burzowe, rozlegają się grzmoty i zaczyna padać mocny deszcz. Chowamy się pod drzewem. Na szczęście burza przechodzi obok, a na nas pada tylko kilka wielkich kropel deszczu. Im wyżej podjeżdżamy, tym droga jest bardziej stroma, a tempo jazdy wolniejsze. Robimy odpoczynki po podjechaniu kolejnych 100 m. do góry, potem już 50. Ale cały czas do góry. Tak zdobywamy magiczną granicę 2000 m. npm. Jest już późno i trzeba szukać noclegu. Postanawiamy poszukać schronienia w ruinach koszar Camp des Fourches na wysokości 2291 m. Jest ciężko, ale przecudne widoki alpejskie rekompensują cały trud. Od czasu do czasu mija nas samochód. Poza tym pustka i cisza. Mamy wielkie szczęście, bo chmury się rozeszły i nad nami czyste niebo. Nie ma też wiatru i jest ciepło, jak na górskie warunki, choć kurtkę trzeba założyć. Dojeżdżamy do koszar i znajdujemy w miarę cały zadaszony domek, gdzie spędzimy noc. Po Mszy św. odprawionej w bajecznej scenerii stoję jeszcze długo przed obozem, podziwiając nieziemskie krajobrazy. Już nie mogę się doczekać jutrzejszego wjazdu na szczyt. Zostało nam tylko 500 m. podjazdu.
65 km
| W Alpach Nadmorskich |
Dzień 10: z Menton w góry
Francja
78 km
Pobudka bardzo późno, bo o 8:15. Po śniadaniu pakujemy się i zjeżdżamy na plażę. Kąpiemy się w ciepłym morzu i opalamy. Ruszamy dopiero po 13:00. Po drodze zajeżdżamy do Monako, robimy kilka zdjęć i kierujemy się do Nicei. Jest bardzo gorąco, a droga, choć wzdłuż wybrzeża, jest bardzo górzysta. W Nicei robimy zakupy w Lidlu na zapas i skręcamy na północ w kierunku Alp. Przez kilka dni będziemy wspinać się na najwyższą przejazdową drogę w Europie – Col de la Bonette, na wysokość 2802 m. npm. Przed wyjazdem z miasta spotykamy zaczepia nas miły Anglik Fabian. Pyta o naszą wyprawę, skąd i dokąd jedziemy i z podziwem wyraża się o narodzie polskim. Tego dnia mieliśmy nocować na jednogwiazdkowym tanim campingu, ale okazuje się, że instytucja nie działa, więc jedziemy dalej w góry spać na dziko. Na wysokości 228 m. znajdujemy w lesie świetne miejsce noclegowe na skalnej półce z dala od głównej drogi.
78 km
| Pożegnanie z Lazurowym Wybrzeżem |
Dzień 9: Tavole - Menton
Włochy, Francja
60 km
Rano jeszcze zwiedzam Dolcedo i okoliczne miasteczka. Na uwagę zasługuje most wybudowany przez rycerzy maltańskich w XIII w. Wchodzę na kościelną wieżę i podziwiam okolicę z góry. Po pół dnia takiego odpoczynku i zjedzeniu obiadu u włoskiej rodziny ruszam dalej. Dziś wieczorem ma dołączyć do mnie towarzysz podróży - Marek, który przyjedzie z Polski autem. Nie śpieszy mi się, mogę jechać wolnym tempem. Za Imperią rozpoczyna się 25-kilometrowa cyklostrada do San Remo poprowadzona trasą starej kolei. Po drodze jest kilka tuneli rowerowych, z których najdłuższy ma 1500 m. Trasa przelatuje przez San Remo wzdłuż wybrzeża. Zbliżam się do granicy francuskiej, gdzie mam się spotkać z ekipą z Polski. W Ventimiglii po 50 km robię długi postój w parku, zjadam podwieczorek i kąpię się w morzu. Roślinność jest już typowo śródziemnomorska z palmami i takimi podobnymi. O 20:00 przyjeżdżają oczekiwani turyści. Jedziemy na camping do Menton, po stronie francuskiej. Trzeba wspiąć się na górę ponad 100 m. W recepcji nie ma już nikogo, więc sami znajdujemy sobie miejsce i rozbijamy się. Na kolację jemy gorące przysmaki prosto z Polski i długo gadamy wymieniając wrażenia.
60 km
| Widok z wieży kościelnej na Dolcedo |
Rano jeszcze zwiedzam Dolcedo i okoliczne miasteczka. Na uwagę zasługuje most wybudowany przez rycerzy maltańskich w XIII w. Wchodzę na kościelną wieżę i podziwiam okolicę z góry. Po pół dnia takiego odpoczynku i zjedzeniu obiadu u włoskiej rodziny ruszam dalej. Dziś wieczorem ma dołączyć do mnie towarzysz podróży - Marek, który przyjedzie z Polski autem. Nie śpieszy mi się, mogę jechać wolnym tempem. Za Imperią rozpoczyna się 25-kilometrowa cyklostrada do San Remo poprowadzona trasą starej kolei. Po drodze jest kilka tuneli rowerowych, z których najdłuższy ma 1500 m. Trasa przelatuje przez San Remo wzdłuż wybrzeża. Zbliżam się do granicy francuskiej, gdzie mam się spotkać z ekipą z Polski. W Ventimiglii po 50 km robię długi postój w parku, zjadam podwieczorek i kąpię się w morzu. Roślinność jest już typowo śródziemnomorska z palmami i takimi podobnymi. O 20:00 przyjeżdżają oczekiwani turyści. Jedziemy na camping do Menton, po stronie francuskiej. Trzeba wspiąć się na górę ponad 100 m. W recepcji nie ma już nikogo, więc sami znajdujemy sobie miejsce i rozbijamy się. Na kolację jemy gorące przysmaki prosto z Polski i długo gadamy wymieniając wrażenia.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)

