5 września 2010

Dorobek sakwiarski


Jakoś tak się stało, że tyle wyjeździłem po sakwiarsku od maja 2007 do przedwczoraj.
Aż sam się dziwie, że taki kawał Polski mam objechany. Oczywiście nie chodzi o kilometry, ale satysfakcja jest niemała.
To teraz chyba pora na zwiedzanie Europy. Jakieś propozycje na 2011? Jacyś chętni są?

27 sierpnia 2010

Przez góry wysokie


Spełniło się moje wielkie marzenie i przyjechałem rowerem na moje nowe miejsce życia i pracy. Zaliczyłem przy okazji kolejny odcinek wielkiej pętli dookoła Polski.
Było ciężko, bardzo pod górkę, ale pięknie. Oto trasa.

1. Przemyśl - Bóbrka, 83 km.

2. Bóbrka - Wielka Pętla Bieszczadzka - Komańcza, 131 km.

3. Komańcza - Beskid Niski - Krynica-Zdrój, 130 km.

4. Krynica Zdrój - Pieniny - Niedzica, 109 km.

5. Niedzica - Spisz - Zakopane, 51 km.



Pod tym linkiem
można obejrzeć zdjęcia z wyprawy.

25 sierpnia 2010

4 sierpnia 2010

Rowerem do Wilna - relacja

Zapraszam do lektury, jak przebiegała tegoroczna wyprawa rowerowa do Wilna.

DZIEŃ 0. Dojazd.
W ramach przejazdu z Lublina do Iławy otrzymuję od spółki PKP Intercity 80 darmowych minut. Na szczęście podroż z rowerem przebiega bez zakłóceń. Ładuję sie tradycyjnie na koniec pociągu. Cały wagon jest zajęty przez kolonistów jadących nad morze, więc nikt obcy się nie kręci.
W Iławie odbiera mnie mój brat stryjeczny Janek, także zapalony rowerzysta. Wieczorem razem z jego małżonką objeżdżamy jez. Jeziorak (niestety samochodem). Jest upalnie, temp. ok. 35 st. C.

DZIEŃ 1. Iława - Góra Dylewska - Iława 83 km
Do południa razem z Jankiem jeździmy po Iławie, oglądając obecne i przyszłe inwestycje. W porze obiadu, jak przystało na fanatyków dwóch kółek, oglądamy zmagania młodego Shlecka z Contadorem na trasie Tour de France.
O 15:00 razem z kolegami Jana jedziemy na wycieczkę. Naszym celem jest zdobycie Góry Dylewskiej (312 mnpm.), najwyższego szczytu na terenie całej północno-wschodniej Polski. Podjazd okazuje sie łatwiutki. Rozpalamy ognisko, ale zaraz zjawia się obserwator z wieży i każe nam je zgasić ze względu na zagrożenie pożarowe lasu.
Grilla robimy wiec na stadionie MOSiR w Lubawie. Wracamy do Iławy o zmroku.

DZIEŃ 2. IŁAWA - JEZ. TABORZ 63 km
Rano odbieram Joannę z pociągu. Jechała całą noc, także z kolonistami. O 12:00 odbieramy z pociągu Piotra i w komplecie wyruszamy na wyprawę. Zaczyna się chmurzyć. Janek podjeżdża z nami kawałek i wraca do Iławy, a nas dopada tuż za Iławą burza. Pada pierwszy raz od 2 tygodni, właśnie dziś! Chowamy sie na przystanku PKS. Gdy deszcz sie zmniejsza, jedziemy dalej. Jest trochę asfaltu, a potem dużo piachu po lesie. Trasa jest mocno terenowa, bo nie chcemy jechać ruchliwą droga nr 7. Po kilku ciężkich kilometrach wracamy na asfalt. Tuż przed zmrokiem dojeżdżamy na pole namiotowe nad jez. Tabórz. Jest ładnie i luksusowo - prysznic z ciepłą wodą i WC. Pod wiatą jemy kolację i idziemy spać. Woda w jeziorze ciepła, ale dziś wolę natrysk. Wieczorem przelotnie pada deszczyk.

DZIEŃ 3. JEZ. TABÓRZ – JEZ. RZECKIE 87 km
Ranek jest pochmurny. Wyjeżdżamy dość późno, bo już po 10:00. Jedziemy lasem, po piachu do Gietrzwałdu. Przy wjeździe do miasteczka, tuż przed sanktuarium dopada nas burza. Piotr z Asią kryją się w sklepie, a ja wysuwam do przodu i pędzę do kościoła. Jest tuż przed 12:00 i zostajemy na Mszę św. Później jemy domowy obiad i syci ruszamy dalej. Trasa jest pagórkowata i kilka razy przelotnie pada deszcz. Tempo jazdy jest spokojne (czyli wolne). W Klewkach robimy postój zakupowy. Postanawiamy dziś spać na dziko i szukamy dobrego miejsca. Znajdujemy ładną miejscówkę nad Jeziorem Rzeckim z dala od cywilizacji. Jemy kolację i troszkę pluskamy się w jeziorze. Zastanawiamy się, czy na takim odludziu noc będzie spokojna.

DZIEŃ 4. JEZ. RZECKIE – JEZ. RYŃSKIE 71 km
Noc przebiega spokojnie. Jedziemy do Biskupca, gdzie podziwiamy ładny ryneczek, a następnie do Reszla. Tam zatrzymujemy się na długo. Zwiedzamy zamek i jemy dobry obiad w restauracji. Koło zamku widzimy grupę niemieckich rowerzystów, których będziemy spotykać przez trzy kolejne dni w różnych miejscach. Z Reszla jedziemy do św. Lipki. Udaje mi się trafić na pokaz organowy o 15:30. Ze św. Lipki jedziemy drogą z kocich łbów przez Palestynę. Przed zmierzchem docieramy do Rynu. Nocujemy pod dachem na plebani u pallotynów. Dzięki temu można podładować wszystkie baterie.

DZIEŃ 5. JEZ. RYŃSKIE – JEZ. DEJGUNY 95 km
Dziś robimy piękny objazd Wielkich Jezior Mazurskich. Rano spotykamy znaną już grupę Niemców na rowerach. Z Rynu jedziemy do Mikołajek. Nad Jez. Mikołajskim robimy postój na drugie śniadanie, a Piotr kupuje sobie nowe pedały. Z Mikołajek jedziemy wzdłuż północnego brzegu jez. Śniardwy i dalej piękną trasą wzdłuż jez. Buwełno do Rydzewa. Łapie nas przelotny deszczyk, więc zatrzymujemy się na obiad. Przestaje padać i ruszamy dalej wzdłuż brzegu jez. Niegocin do Giżycka. Dojeżdżamy tam w dobrej porze, bo właśnie zamykają most obrotowy i po chwili obserwujemy jego działanie. Wyjeżdżamy do Giżycka i szukamy noclegu. Piotr i Asia są już wykończeni, a ja (jak zwykle) naciskam jeszcze na pedały i chcę jechać dalej. Nad jez. Dejguny znajdujemy urocze pole namiotowe za free. Po rozbiciu się kąpię się w jeziorze, bo woda jest cieplutka.

DZIEŃ 6. JEZ. DEJGUNY – JEZ. GOŁDAPIWO 98 km
Z pola biwakowego jedziemy lasami do Gierłoży, gdzie mieścił się Wilczy Szaniec. Spotykamy tam znowu znajomych niemieckich turystów. Ruszamy na północ, do Srokowa. Wspinamy się na Diablą Górę i oglądamy ruiny wieży Bismarcka. W Mamerkach nad. jez. Mamry zwiedzamy poniemieckie bunkry. W Sztynorcie Dużym myjemy się w luksusowych sanitariatach i jemy drogą i cienką pizzę. W Kruklankach oglądamy ruiny mostu kolejowego nad rzeczką Sapiną. Według mapy koło Kruklanek są dwa pola namiotowe. W rzeczywistości ich nie znajdujemy, więc szukamy miejsca na dziko. Niestety, dopada nas burza. Chronimy się w pensjonacie nad jez. Gołdapiwo i miła pani właścicielka pozwala nam się rozbić na trawniku, udostępnia prysznic i wiatę na jedzenie. Pod wiatą rozpalamy mini-grilla i jemy pyszne kiełbaski. Z powodu deszczu dziś nie ma kąpieli w jeziorze.

DZIEŃ 7. JEZ. GOŁDAPIWO – JEZ. CZARNE W SMOLNIKACH 96 km
Przejeżdżamy przez Puszczę Borecką. Po burzy las pięknie pachnie i paruje. Podjeżdżamy do Gołdapi. W Kiepojciach jemy obiad z własnych zapasów nad jez. Przerośl. Słońce mocno świeci i jest gorąco. Jedziemy skrajem Puszczy Rominckiej do Stańczyków, gdzie oglądamy słynne mosty nad Błędzianką. Dalej droga jest trudniejsza, pojawiają się suwalskie górki. Dojeżdżamy do jez. Hańcza i dalej do Smolnik. Rozbijamy się na dzikim polu namiotowym nad Jez. Czarnym. Na koniec dnia tradycyjnie kąpiemy się w ciepłej wodzie jeziora.

DZIEŃ 8. JEZ. CZARNE W SMOLNIKACH – JEZ. ŁUKSNIENAJ (LITWA) 94 km
Ze Smolnik jedziemy do Rutki-Tartaku. Zbiera się na deszcz i zaczyna wkrótce lać. Czekamy ponad godzinę na przystanku PKS aż troszkę złagodnieje opad. Ruszamy dalej w mżawce. Jedziemy ładną nową drogą do granicy. Na Litwie drogi są gorsze – poza głównymi szlakami nie ma asfaltu. Cały czas pada, więc droga robi się grząska. Za Kalwarią jemy na przystanku ciepły obiad z własnych zapasów. Przestaje padać. Droga do Olity jest w remoncie, więc szukamy objazdu. Nawiązujemy pierwszy kontakt z miejscową ludnością. Po rosyjsku dogadujemy się, że da się przejechać przez budowę. Jedziemy więc na zmianę po nowym asfalcie i piaskowym podkładzie. Nie ma żadnego ruchu, bo cały odcinek jest zamknięty. Zaczyna miło wiać w plecy i rozpędzamy się bez wysiłku do 25 km/h po pustej, szerokiej szosie. Przed Olitą szukamy noclegu nad jez. Łuksnienaj. Zachodzimy do gospodarzy i pytamy o możliwość rozbicia namiotów. Gospodarze okazują się wyjątkowo miłymi ludźmi. Pokazują nam piękne miejsce nad jeziorem i pomost z którego można wejść do wody. Po chwili gospodarz przywozi taczkami drzewo i podpałkę na ognisko. Pływamy trochę w ciepłej i czystej wodzie, rozpalamy ognisko i jemy kolację. Słońce zachodzi w pięknych barwach, a za chwilę wschodzi księżyc. Cudownie!

DZIEŃ 9. JEZ. ŁUKSNIENAJ (LITWA) – WILNO 120 km
Dziękujemy serdecznie gospodarzom i jedziemy w kierunku stolicy. W Olicie wymieniamy walutę i robimy zakupy w supermarkecie Maximus. Przejeżdżamy Niemen, płynący szerokim korytem. Ruch samochodów jest niewielki, a większość aut to Audi. Droga zaczyna się robić pagórkowata. Jedziemy przez lasy i obok malowniczych jezior. Słońce mocno grzeje, więc opalamy się po drodze. Przed wieczorem jesteśmy w Trokach. Oglądamy zamek, zwiedzamy miasteczko i ruszamy do Wilna. Pędzimy główną szosą 25 km/h, żeby dojechać na miejsce przed zmrokiem. Nocleg mamy zarezerwowany w schronisku młodzieżowym na Zarzeczu. Dojeżdżamy tam o 21:30. Jesteśmy wszyscy bardzo szczęśliwi. Udało się!

DZIEŃ 10. WILNO
Cały dzień zwiedzamy miasto. Najpierw obchodzimy wszystkie możliwe zabytki, a wieczorem objeżdżamy na rowerach. Jest sobota, więc Wilno tętni życiem. Spotykamy mnóstwo turystów, nie tylko z Polski. Taka wieczorna jazda rowerem po mieście to niezapomniane przeżycie.

DZIEŃ 11. WILNO – SZOSTAKÓW – JEZ. GAŁADUŚ 38 km
Pakujemy się i przed południem opuszczamy schronisko. Po drodze na dworzec zajeżdżamy jeszcze raz pod Ostrą Bramę i zwiedzamy cmentarz na Rossie. Ładujemy się do pociągu osobowego i jedziemy do Szostakowa. Początkowo planowaliśmy wracać od razu do Warszawy, ale wyprawa tak nam się spodobała, że nie chce się nikomu wracać, więc jeszcze pojeździmy. Wysiadamy więc w Szostakowie, żegnamy pociąg Hańcza do Warszawy i jedziemy szutrowymi drogami w kierunku granicy. Po drodze mijamy pozostałości po starożytnym grodzie nad rzeką Kirsną, skąd według badań historycznych wywodzi się mój ród. Próbujemy przejechać przez las do Polski nad jez. Gaładuś, ale miejscowi mówią, że się nie da. Skręcamy więc na Ogrodniki. Patrzymy z obawą na zachód, skąd nadchodzi burzowa chmura. Tuż za granicą zatrzymujemy się w gospodzie. W samą porę, bo zaczyna lać i grzmieć. Burza szaleje, a my jemy spokojnie bliny żmudzkie w sosie kurkowym. Po posiłku wychodzi słońce, więc jedziemy dalej do Dusznicy. Nad jez. Gaładuś panie ze straży granicznej podpowiadają, że w Żegarach można się rozbić na polu namiotowym. Jedziemy zatem wzdłuż brzegu i znajdujemy dobre miejsce. Wieczorem tradycyjna kąpiel w ciepłej wodzie.

DZIEŃ 12. JEZ. GAŁADUŚ – WIGRY – SUWAŁKI 53 km
Szybko się zbieramy i wyjeżdżamy rano, bo musimy być w Suwałkach przed odjazdem pociągu. W Sejnach jemy śniadanie i dalej przez Wysoki Most jedziemy na Wigry. Zwiedzamy klasztor i kąpiemy się w jeziorze. Woda jest czysta i ciepła. Mamy zapas czasu, więc opalamy się i ucinamy drzemkę. Jedziemy dalej przez Wigierski Park Narodowy do Suwałk. Nie czekamy na wagon rowerowy z Szostakowa, ale ładujemy się z rowerami do wagonu bezprzedziałowego na miejsce dla inwalidów. W całym składzie jest dużo rowerzystów, ale nie ma tłoku. To już ostatni etap naszej wyprawy.

W podsumowaniu można napisać to, co oczywiste. Wyprawa była bardzo udana, pomimo kilku chwil deszczowych. Udało nam się zwiedzić piękne zakątki Polski i Litwy, spędziliśmy bardzo miłe chwile. Okazało się, że nasza trójka stanowi zgrany i bezkonfliktowy zespół, za co jeszcze raz bardzo moim towarzyszom drogi dziękuję. A szanownych czytelników zapraszam na Warmię, Mazury, Suwalszczyznę i Wileńszczyznę, bo naprawdę warto.

3 sierpnia 2010

Rowerem do Wilna


Tegoroczna wielka wyprawa dobiegła właśnie końca. Razem z dwojgiem dzielnych cyklistów dojechaliśmy do Wilna, objeżdżając po drodze Warmię, Mazury i Suwalszczyznę. Czekajcie na opis, zdjęcia i filmy. A na razie trasa.

20 lipca 2010

Go West! - zdjęcia


Niedługo wyruszam na kolejną rowerową przygodę, a póki co zapraszam do obejrzenia zdjęć z wyprawy wzdłuż zachodniej granicy.
Album pod tym adresem.

5 lipca 2010

Go West! - relacja

Pomysł na tę wyprawę zrodził się we mnie po zakończeniu poprzedniego sezonu. Skoro przejechałem już Polskę wschodnią oraz wybrzeże, przyszła pora na rajd wzdłuż zachodniej granicy. Do tego doszła chęć odwiedzenia dawno lub nigdy nie widzianej rodziny na krańcach zachodnich oraz perspektywa podróżowania niemiecką ścieżką rowerową wzdłuż Nysy i Odry. W ten sposób razem z drugim podróżnikiem współbratem Grzegorzem wybraliśmy się na tę rowerową przygodę.
Oto relacja z naszej podróży. Dla zwięzłości dodam już na wstępie, że mieliśmy każdego dnia wspaniałą pogodę. Ani razu nie padało, wiatr nie był męczący, czasem tylko rano było dość zimno.

Dzień 0
Lublin – Kamieniec Ząbkowicki PKP
Kamieniec Ząbkowicki – Ząbkowice Śląskie 18 km


Wczesnym, bardzo wczesnym rankiem, po Mszy św. o 4:50 wyjeżdżamy na dworzec kolejowy. O 6:12 odjeżdżamy pociągiem do Katowic. Nie ma wagonu rowerowego, więc instalujemy w przejściu się na końcu składu. Jest luźno i bez problemów. Z lekkim opóźnieniem dojeżdżamy do Katowic i czekamy na pociąg do Wrocławia. Jest strasznie zimno. Pociąg do Wrocławia jest zestawiony z ETZ i znowu bez problemu ładujemy się z rowerami, tym razem do przedziału bagażowego, gdzie na dobre trwa jakaś impreza jakichś licealistów. We Wrocławiu przesiadamy się kolejny raz do osobowego i w ten sposób po 12 godzinach w pociągu docieramy do Kamieńca Ząbkowickiego. Stąd już tylko ok. 10 km do naszego pierwszego noclegu w naszym pallotyńskim domu w Ząbkowicach Śląskich. Objeżdżamy i z grubsza zwiedzamy miasteczko i tak kończy się pierwszy dzień podróży.

Dzień 1
Ząbkowice Śląskie – Wałbrzych 68 km

Wyjeżdżamy punktualnie o 9:00. Dojeżdżamy po lekkich górkach do Bielawy i robimy dłuższy odpoczynek na drugie śniadanie nad jez. Sudety. Teraz zaczynają się schody. Od Pieszowic mamy długi i ciężki podjazd na Przełęcz Walimską. Nadspodziewanie spokojnie udaje nam się wjechać na górę, a w nagrodę mamy stromy zjazd do Walimia po kiepskim asfalcie i bruku. Z Walimia wspinamy się na koleją górkę i zjeżdżamy nad jez. Bystrzyckie. Podziwiamy tamę – dzieło niemieckiej myśli technicznej – i trochę odpoczywamy. Na koniec tego etapu mamy długi podjazd do Wałbrzycha. Przybywamy na miejsce wcześnie, bo już ok. 16:15. Dziś mamy nocleg znów w pallotyńskiej wspólnocie.

Dzień 2
Wałbrzych – Chmieleń 125 km

To był dobry pomysł, żeby jechać z gór nad morze. Dzięki temu na całej trasie jest więcej zjazdów, niż podjazdów. A szczególnie doświadczamy tego na trasie z Wałbrzycha. Dziś mamy do przejechania ponad 100 km, więc nie robimy zbędnych odpoczynków. Przez podjazdy i zjazdy docieramy do Parku Krajobrazowego Chełmy. Szukamy wygasłych wulkanów, ale się gdzieś pochowały. Wjeżdżamy do bardzo uroczego Wąwozu Myśliborskiego, który okazuje się niedostępny dla rowerzystów. Zsiadamy więc z naszych maszyn i wspinamy się po stromych ścieżkach. Okazuje się, że trzeba przenosić obładowane rowery nad powalonymi drzewami i przez strumienie, brnąć przez błoto i odganiać się od komarów. W zaistniałej sytuacji próbujemy trzymać fason, pocieszając się, że to świetna przygoda. Po kilku km takiej męczarni wracamy na asfalt i odechciewa nam się poszukiwać dalej wygasłych wulkanów w Górach Kaczawskich. Jedziemy dalej przez urocze tereny do Świerzawy i Wlenia. Zaliczamy kolejny Park Krajobrazowy, tym razem Doliny Bobru. Na koniec dnia od Pilchowic mamy kolejny ciężki podjazd do Wojciechowic i wreszcie docieramy do Lubomierza. Szukamy noclegu w mieście i poza miastem, aż docieramy do Chmielenia, gdzie zatrzymujemy się w moteliku.

Dzień 3
Chmieleń – Bogatynia – Zgorzelec 93 km

Wyjeżdżamy bardzo wcześnie, bo już o 8:00. W Gryfowie Śl. robimy zakupy na śniadanie, a jemy na skraju wioski Wieża. Kolejny postój robimy w zamku Czocha nad jez. Leśniańskim. Bardzo chciałem odwiedzić to miejsce znane z powieści i filmu „Tajemnica twierdzy szyfrów”. Oglądamy zamek, a następnie zaporę na Kwisie. Chcąc skrócić sobie trasę od zapory do Leśnej, ładujemy się w zarośnięte i strome ścieżki i trzeba zsiąść i prowadzić rowery. Z Leśnej jedziemy już do Czech. Jest lekki podjazd, a w dali widać piękne szczyty Gór Izerskich. To miło, że nie ma już granic i spokojnie możemy przejeżdżać z kraju do kraju. W okolicach wioski Řasnice pojawia się piękny, alpejski krajobraz i pasące się na hali owieczki. Brakuje tylko fioletowej krowy. Droga jest równa i mogę się rozpędzić z górki do 56 km/h. Ogrzani południowym słońcem wjeżdżamy do miasta Frydlant. Po krótkim odpoczynku jedziemy dalej do Polski. Przy wjeździe do Bogatyni widać ogromną dziurę w ziemi, z której jest wykopywany węgiel brunatny. W Bogatyni jedziemy najpierw do kościoła, aby odprawić Mszę św. Następnie udajemy się do mojego brata stryjecznego i jego rodziny na obiad. Bardzo się cieszę z tego spotkania, bo nie widzieliśmy się od prawie 30 lat, a jego dzieci nigdy w życiu nie spotkałem. Po pysznym obiedzie idziemy jeszcze na spacer po mieście i odwiedzamy moją siostrę stryjeczną i jej rodzinę. O 18:00 wyjeżdżamy na nocleg do Zgorzelca. Podjazd na górę Działoszyńską to jednocześnie pożegnanie górskiego etapu naszej wyprawy. Od jutra będzie już tylko płasko. W Zgorzelcu gości nas moja ciocia i jej synowie. Też się cieszę z tego spotkania rodzinnego, bo dawno się nie widzieliśmy.

Dzień 4
Zgorzelec – Forst – Brody 120 km

Rozpoczyna się płaski etap naszej wyprawy. Przekraczamy Nysę i od Görlitz jedziemy niemiecką ścieżką rowerową Neisse-Oder. Ale klasa! Równiutki asfalt, dobre oznakowanie, co chwila ławeczki i wiaty, piękne widoki i wiatr w plecy. Czego chcieć więcej? Jedziemy bez wysiłku ponad 20 km/h. Po drodze mijamy wielu niemieckich sakwiarzy i zwykłych rowerzystów, przeważnie w wieku emerytalnym. W Bad Muskau podziwiamy piękny park, a dalej uroczy krajobraz Wału Mużakowskiego. Po przejechaniu 100 km przekraczamy Nysę, wracamy do Polski i jedziemy na nocleg. Przez Bory Zielonogórskie docieramy do Brodów Żarskich. To klimatyczne miasteczko z częściowo zrujnowanym pałacem Brühlów. Nocujemy w uroczym gospodarstwie agroturystycznym u Ani.

Dzień 5
Brody – Gubin – Słubice – Słońsk 121 km

Dziś mocno wieje i jest zimno, ale staramy się jechać w szybkim tempie. W Gubinie robimy zakupy na cały dzień i przekraczamy granicę. Dojeżdżamy do Odry. Jest szeroko rozlana aż do wałów, wszędzie leżą worki z piaskiem. Na brzegu oprócz rowerzystów są też inni turyści, którzy podziwiają szeroko płynącą rzekę. Po drodze widzimy mnóstwo ptactwa wodnego pasącego się całymi stadami na rozlewiskach. A na wałach pasą się owce, krowy, kozy i podobne im zwierzęta. W Słubicach przejeżdżamy przez Odrę i jedziemy na nocleg do Słońska. Dojeżdżamy do granicy Parku Narodowego Ujście Warty. Praktycznie cały park jest pod wodą. Widać jedno wielkie rozlewisko szerokie na kilka kilometrów. W Słońsku nocujemy u p. Teresy na Puszkina. Wieczorem w ramach małego szaleństwa idziemy na kolację do miejscowej restauracji.

Dzień 6
Słońsk – Kostrzyn n. Odrą – Osinów Dln. - Cedynia 84 km

Po Mszy św. idziemy na głosowanie prezydenckie, jemy śniadanie i ruszamy. Przed wyjazdem z miasteczka wchodzimy na dach kościelnej wieży i oglądamy panoramę okolicy. Z góry widać, jak Warta rozlała się i podeszła do samych domów. Jedziemy dalej wzdłuż granic parku do Kostrzyna. Jemy obiad w McDonaldsie, zwiedzamy kostrzyńską starówkę i przekraczamy Odrę. Choć nie pada, to ciężko się jedzie, bo wieje wiatr wmordewind. W dół od ujścia Warty Odra płynie jeszcze szersza i mocno śmierdzi. Planowaliśmy przepłynąć promem w Gozdowicach, ale z powodu wysokiego stanu wody i zalania dojazdów prom nie kursuje. Dojeżdżamy więc do najbliższego mostu i wracamy do Polski w Osinowie Dolnym. Przy wzgórzu z pomnikiem bitwy cedyńskiej właśnie pakują się rycerze, którzy uczestniczyli w festynie z okazji dni Cedyni. Szukamy noclegu w okolicy. Niestety, gospodarstwa agroturystyczne są niedostępne, a hotel za drogi. W końcu znajdujemy kąt u ks. proboszcza na plebanii.

Dzień 7
Cedynia – Krajnik Dln. – Szczecin 101 km

Droga na początku biegnie przez las górkami do granicy. Zaopatrujemy się w medykamenty – Grzesiek na poparzenia słoneczne, a ja na bolący ząb (zapalenie korzenia). Robimy zakupy spożywcze na zapas i przez szeroką Odrę wjeżdżamy do Schwedt. Jedziemy dalej ścieżką Neisse-Oder. Dziś wiatr jest mocny, ale nie wieje prosto w twarz. Odbijamy od Odry na zachód i zwiedzamy niemieckie miasteczka. Na wysokości Szczecina odbijamy na wschód i polną drogą dojeżdżamy do granicy. Po polskiej stronie jest już ładny asfalt. Dziś nocujemy w Szczecinie w naszej pallotyńskiej wspólnocie. Ponieważ przyjeżdżamy dość wcześnie, mamy trochę czasu na zwiedzanie miasta.

Dzień 8
Szczecin – Anklam – Usedom – Świnoujście 163 km

Szalony dzień z najdłuższym etapem wyprawy. Świeci słońce i jest ciepło. Za Dobrą przekraczamy granicę i wracamy na ścieżkę rowerową Neisse-Oder. Trasa wiedzie asfaltem przez las, a następnie nasypem nieczynnej kolejki wąskotorowej. Po przejechaniu ok. 50 km orientuję się, że popełniłem błąd w obliczeniach i zamiast planowanych 120 km przejedziemy dużo więcej. Trochę to psuje nam humor i przyśpiesza tempo jazdy. Przed Anklam jedziemy groblą między pięknymi jeziorkami. Nie ma czasu na zwiedzanie, więc tylko pędem śmigamy przez Anklam na wyspę Uznam. Robi się coraz później, a do granicy daleko. Dopiero po 21:00 dojeżdżamy do Świnoujścia. O 22:00 przepływamy promem na wyspę Wolin i już o zmroku udajemy się na spoczynek nocny. Dziś mamy nocleg u ss. Uczennic Krzyża na Przytorze.

Dzień 9
Świnoujście – Wolin 63 km

Dziś dzień odpoczynku po wczorajszym morderczym etapie. Jedziemy do Międzyzdrojów, oglądamy Aleję Gwiazd, siedzimy trochę na molo. Z Międzyzdrojów jedziemy na najwyższy w Polsce klif Gosań i zjeżdżamy do Międzywodzia. Kąpiemy się w słońcu i brodzimy w Bałtyku. Na pożegnanie morza jemy rybkę w smażalni i jedziemy do Wolina. Do samego Szczecina jest za daleko, więc pakujemy się do pociągu. W Szczecinie nocujemy znów w pallotyńskiej wspólnocie i następnego dnia pociągiem wracamy do domu.

Jak zawsze pozostaje napisać, że wyprawa była udana. Szczególnie ze względu na pogodę i piękne krajobrazy. Nie zaliczyliśmy żadnej awarii, ani przykrego zdarzenia (poza bolącym zębem). Cudownie. Przez 9 dni przejechaliśmy prawie 1000 km w trzech krajach, w górach, na nizinach i nad morzem.

25 czerwca 2010

Go west!

Taki sobie wypad zrobiłem z towarzyszem podróży Grzegorzem. w 9 dni przejechaliśmy prawie 1000 km z Dolnego Śląska przez Czechy i Niemcy wzdłuż Nysy i Odry na wyspę Wolin. Trasa na załączonym obrazku. Było cudownie, tym bardziej, że nie padało ani razu, wiało nam w plecy i świeciło z nieba.
Po niemieckiej stronie zastaliśmy rewelacyjne ścieżki rowerowe - prawdziwe autostrady z równiutkim asfaltem, dobrze oznakowane, a co kilka km wiaty, ławeczki itp.
Niedługo opis i zdjęcia.

10 maja 2010

Zdjęcia z majówki 2010 LaJaRoPol

Już są w galerii Picasa pod linkiem niniejszym.
A to piekące oparzenie słoneczne zamieniło się w piękną opaleniznę :)

3 maja 2010

Majówka 2010

Właśnie wróciłem z pięknej wyprawy majowej LaJaRoPol, czyli Lasy Janowskie - Roztocze - Polesie. W 4 dni przejechaliśmy razem z towarzyszem Grzegorzem ponad 400 km w słońcu, piasku, deszczu i błocie.

Jak widać na załączonym obrazku, trochę się powspinaliśmy.
Było cudownie. Z czasem pojawią się zdjęcia i opis trasy.

22 lutego 2010

WIELKIE PLANY na nowy rok - ktoś jedzie?

Pomimo nawału pracy rozpocząłem planowanie nowego sezonu wyprawowego (w ramach przerw psychologicznych). Podobnie jak w poprzednich latach mam do dyspozycji miesiąc urlopu, czyli w sam raz na dwie wyprawy dwutygodniowe.
A piszę to po to, by zaprosić wszystkich chętnych na rowerowy szlak.

I termin: druga połowa czerwca - zachodnia Polska.
II termin: koniec lipca - Mazury, Suwalszczyzna, Wileńszczyzna.

Pierwszy termin to pasuje chyba tylko maturzystom, więc nie liczę na jakiś spory odzew. Ale na drugą wyprawę już się zgłaszają chętni, więc mam nadzieję, że nie pojadę sam.
Tempo jazdy planuję spokojne, spanie pod namiotem lub u znajomych, a jedzenie własnogarnkowo przygotowane. Jak widać budżet wyprawy będzie na miarę wydatków minister Kopacz na szczepionki przeciwgrypowe.
Jako zachętę (tak myślę) dodam, że jeśli uda mi się namówić kogoś oprócz mnie samego, to planuję zabrać gitarkę i umilać wieczory wspólnym śpiewem przy ognisku.
Na koniec pozdrawiam wszystkich śledzących mój blog wyprawowy, bo ostatnio słyszałem, że tacy istnieją.