Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

1 września 2012

Le Tour des Alpes - relacja dzień po dniu

Zapraszam do lektury relacji dzień po dniu z wyprawy Le Tour des Alpes:

Włochy:
Dzień 1.               Dzień 2.               Dzień 3.
Dzień 4.               Dzień 5.               Dzień 6.
Dzień 7.               Dzień 8.               Dzień 9.

Francja:
Dzień 10.             Dzień 11.             Dzień 12.
Dzień 13.             Dzień 14.             Dzień 15.
Dzień 16.             Dzień 17.             Dzień 18.
Dzień 19 i 20.


30 sierpnia 2012

Dzień 9: Tavole - Menton

Włochy, Francja
60 km
Widok z wieży kościelnej na Dolcedo

Rano jeszcze zwiedzam Dolcedo i okoliczne miasteczka. Na uwagę zasługuje most wybudowany przez rycerzy maltańskich w XIII w. Wchodzę na kościelną wieżę i podziwiam okolicę z góry. Po pół dnia takiego odpoczynku i zjedzeniu obiadu u włoskiej rodziny ruszam dalej. Dziś wieczorem ma dołączyć do mnie towarzysz podróży - Marek, który przyjedzie z Polski autem. Nie śpieszy mi się, mogę jechać wolnym tempem. Za Imperią rozpoczyna się 25-kilometrowa cyklostrada do San Remo poprowadzona trasą starej kolei. Po drodze jest kilka tuneli rowerowych, z których najdłuższy ma 1500 m. Trasa przelatuje przez San Remo wzdłuż wybrzeża. Zbliżam się do granicy francuskiej, gdzie mam się spotkać z ekipą z Polski. W Ventimiglii po 50 km robię długi postój w parku, zjadam podwieczorek i kąpię się w morzu. Roślinność jest już typowo śródziemnomorska z palmami i takimi podobnymi. O 20:00 przyjeżdżają oczekiwani turyści. Jedziemy na camping do Menton, po stronie francuskiej. Trzeba wspiąć się na górę ponad 100 m. W recepcji nie ma już nikogo, więc sami znajdujemy sobie miejsce i rozbijamy się. Na kolację jemy gorące przysmaki prosto z Polski i długo gadamy wymieniając wrażenia.

Dzień 8: Savona - Tavole

Włochy
82 km
Valloria - miasto pomalowanych drzwi
Budzę się o 5:00 i wracam do centrum Savony. Jem śniadanie w parku przy stole i ruszam wzdłuż wybrzeża. Szybko połykam kolejne kilometry ze średnią 20 km/h. Droga jest piękna - wykuta w skale, z galeriami i tunelami. Chmury rozchodzą się powoli i zaczyna grzać. W południe mam już przejechane 70 km i docieram do Imperii. Jadę kawałek drogą rowerową wzdłuż wybrzeża, wiatr wieje prosto w plecy i rozpędzam się prawie do 30 km/h bez wysiłku. W Imperii kąpię się w ciepłym morzu. Plaża jest piaszczysta, woda lazurowa, a morze lekko wzburzone. Odbijam na północ, bo dziś zatrzymuję się u mojego kolegi don Tomaso, który mieszka w górach. Spotykamy się w Dolcedo. Tam zostawiam rower i po pysznym obiedzie z włoską rodziną, już bez roweru, jedziemy w góry do Tavole, gdzie Tomasz mieszka. Dziś śpię pod dachem. Jest okazja, żeby zrobić pranie i naładować baterie. Wieczorem robimy wycieczkę samochodem po okolicznych miasteczkach. W każdym z nich można spotkać zabytki sprzed wielu wieków i inne atrakcje. Najbardziej urzeka mnie Valloria - miasto pomalowanych drzwi. Raz do roku przyjeżdżają tam malarze z całego świata i w ramach niezwykłego pleneru tworzą prawdziwe dzieła sztuki na drzwiach do domów.

Dzień 7: Chiavari - Savona

Włochy
103 km

Galeon Neptun w Genui
Wyjeżdżam z campingu o 9:00 i zaraz zatrzymuję się w parku na śniadanie. Zaraz za Chiavari zaczyna się ostry podjazd na 200 m, dwa tunele i zjazd do Rapallo. Następna góra jest jeszcze wyższa, ale pocieszam się, że to ostatnie takie wzniesienie tego dnia. Ze szczytu rozpościera się piękny widok. Robię więc odpoczynek, a potem zjeżdżam do Genui. Kilka godzin zwiedzam miasto, które jest zaskakująco bezludne. Może dlatego, że jest niedziela i mieszkańcy wyjechali na weekend? Genua to duże miasto, rozciągnięte wzdłuż wybrzeża na wiele kilometrów. W takich warunkach tempo jest wolne, bo co chwilę zatrzymuję się na światłach. Przez kilka kilometrów jadę drogą dla rowerów na trasie starej linii kolejowej. Oczywiście są tunele i piękne widoki. W Cogoleto udaje mi się zdążyć na Mszę św. o godz. 18:00 w małym kościółku. Na Mszy jest dużo turystów, a nawet kobieta z małym psem. Wieczorem zatrzymuję się jeszcze na krótką kąpiel w ciepłym morzu. Zgodnie z planem dojeżdżam do Savony, jem kolację nad morzem, a gdy zapada zmierzch szukam spokojnego miejsca na nocleg. Ulice są puste, bo Włosi grają mecz na Euro. Kładę się spać w korycie wyschniętej rzeki. Noc jest ciepła, nawet nie wchodzę do śpiwora. Późnym wieczorem budzą mnie krzyki, wystrzały fajerwerków i klaksony. Czyli Italia wygrała.

Dzień 6: Levanto - Chiavari

Włochy
53 km

Droga dla rowerów na trasie starej kolei
Dziś planuję krótki odcinek, więc śpię do oporu i wyjeżdżam o 10:00. Jadę wzdłuż wybrzeża piękną drogą dla rowerów wytyczoną na trasie nieczynnej linii kolejowej. Trasa jest bardzo widokowa i przeplatana tunelami. Co chwilę zatrzymuję się, by popatrzeć na spokojne morze. Najdłuższy tunel jest w remoncie - kładą nowy asfalt. Na szczęście jest sobota i z tej okazji prace są wstrzymane, a tunel przejezdny. Po 8 km dojeżdżam do Framury. Tu droga dla rowerów kończy się, zjeżdżam windą na poziom morza, przechodzę pod torami kolejowymi i rozpoczynam wspinaczkę na ponad 600 m. Jest słonecznie, ale nie upalnie, a do tego jadę w cieniu. Powoli zdobywam górę. Za miasteczkiem rozpoczyna się las, więc jedzie się bardzo przyjemnie. Ze szczytu rozciągają się piękne widoki z każdej strony.
Zanim rozpocznie się zjazd, robię dłuższą przerwę obiadową na parkingu przy drodze. Słońce zachodzi za chmury, wieje wiatr i robi się pogoda idealna do jazdy. Po obiedzie czeka na mnie deser w postaci zjazdu z 600 m do poziomu morza. Ruch samochodowy jest coraz większy. No tak, to wakacyjny weekend. Po południu dojeżdżam do Chiavari, gdzie zaplanowałem nocleg. Camping jest przy samym morzu i pewnie z tego powodu zatłoczony, ale znajduję jeszcze kawałek wolnej ziemi. Miejsce jest słabe i trochę żałuję, że się tu zatrzymałem. Jutro na pewno będę spał na dziko, może nawet na plaży.
Wieczorem idę na spacer po miasteczku. Trafiam na festyn świętojański i koncert Mauro Rizziego z zespołem.

Dzień 5: Muraglione - Levanto

Włochy
80 km
Katedra we Florencji
Wstaję o 5:40, jest już widno. Po kilkuset metrach zatrzymuję się przy źródełku i jem porządne śniadanie z gorącą kawą. Rozpoczynam podjazd na przełęcz Muraglione, na wysokość 907 m. Droga wije się serpentynami w lesie. Dobrze, że przed wyjazdem zmieniłem korbę na mniejszą (z 32 zębów na 22). To był strzał w 10, szczególnie mając w perspektywie Alpy wyższe o prawie 2 tysiące metrów od tej przełęczy. Niespodziewanie szybko jestem na szczycie. Robię zdjęcia, ubieram się w kurtkę, buty, ocieplacze na kolana i rozpoczynam jazdę w dół. Ale piękny zjazd - szybki, stromy i kręty. Po kilku kilometrach droga się wypłaszcza i robi się cieplej. W miasteczku Rufina po 35 km zatrzymuję się na solidne drugie śniadanie. Do przedmieść Florencji mam jeszcze 20 km.
Po górach i dolinach dojeżdżam do kolebki i perły renesansu. Ale cudo! Z daleka widać kopułę duomo. Florencja jest zatłoczona, słychać języki turystów z całego świata. Przez kilka godzin zwiedzam najważniejsze zabytki, choć nie wszędzie można wejść bez opłaty. Do południa na niebie były chmury, ale w środku dnia robi się upalnie.
Po południu jem obiad, wsiadam do pociągu na stacji Santa Maria Novella i jadę do Pizy. W Pizie spędzam tylko chwilę, oglądając oczywiście katedrę, baptysterium i krzywą wieżę. Jest rzeczywiście niezwykła.
Z Pizy jadę dalej pociągiem na wybrzeże. W mieście La Spezia mam kwadrans na przesiadkę, ale zdążam zrobić szybkie zakupy w centrum handlowym i w ostatniej chwili wskakuję z rowerem do pociągu. Dojeżdżam do Levanto i nocuję na campingu.

Dzień 4: Casalborsetti - Muraglione


Włochy
103 km
Mozaika w bazylice San Vitale w Rawennie

Przed wyjazdem wchodzę jeszcze do wody, ale tylko pomoczyć sobie nogi. Ruszam do Rawenny. Na drzewach głośno grają cykady. W Rawennie jestem dość wcześnie, ale już słońce mocno grzeje. Kupuję bilet i zwiedzam starochrześcijańskie zabytki. Jestem pod wrażeniem niezwykłych budowli i przede wszystkim pięknych mozaik.
Wyjeżdżam z miasta ok. 15:00. Kończy się płaski etap wyprawy. Przede mną podjazd na ponad 900 m. Ciekawe, dokąd dziś dojadę? Nastawiam się, że będę jechać nocą, bo mam dobre oświetlenie z przodu i z tyłu. Wieje w twarz i jest ponad 35 st. W Forli robię ostatnie zakupy, a podjazd robi się bardziej stromy. Jadę powoli, żeby się nie męczyć i co 10 km robię krótkie postoje. Na wieczór wiatr nie słabnie, lecz przeciwnie, zaczyna wiać coraz mocniej. Robi się całkiem ciemno, ale jadę dalej pod górę. Na wysokości 620 m zaczynam szukać miejsca na nocleg. Po lewej stronie drogi widzę stromą ścieżkę prowadzącą w dół do strumyka. Kładę rower na ziemię i sam rzucam się do śpiwora. Na początku ciężko mi się ułożyć, bo zsuwam się w dół. Po kilku próbach znajduję optymalną pozycję do spania i odpływam na 5 godzin. W nocy budzę się kilka razy, bo wiatr mocno, ale nie jest zimno.



Dzień 3: Fusino - Casalborsetti


Włochy
126 km
Odpoczynek obiadowy
Wyjeżdżam z campingu o 9:20. Pierwsza część dzisiejszej trasy prowadzi ruchliwą drogą. Mija mnie tir za tirem i nie jedzie się zbyt przyjemnie. Mam na bagażniku polską flagę i pozdrawiają mnie kierowcy-rodacy. Jest gorąco i bezwietrznie, smaruję się w ochronie przed słońcem. Robię się głodny, nie mam zapasów żywności, a na horyzoncie nie widać żadnego sklepu. Przed Chioggią zjeżdżam na boczną drogę. Wieje mocny wiatr w twarz i zwalniam z 22 do 15 km/h. Wreszcie po 50 km jazdy jest pierwszy supermarket. Robię zakupy i szukam miejsca na obiad. Skręcam znów na mniej ruchliwą równoległą drogę i po 25 km znajduję zacienione miejsce na odpoczynek. Nie wiem, ile jest stopni, ale żar leje się z nieba. Droga jest płaska i powoli robi się monotonna. Po 120 km zaczynam szukać miejsca na nocleg. Decyduję się na spanie na campingu w Casalborsetti, tym bardziej, że nie jest bardzo drogo. Po kolacji pierwszy raz wchodzę do morza. Woda jest cieplutka. Wieczorem nie mogę zasnąć, bo szalony włoski DJ prowadzi zabawę dla dzieci. Trochę się dziwię, że po pierwszym dniu poważnej jazdy nie czuję się zmęczony, nie bolą mnie ani mięśnie, ani kolana. Oby tak dalej.

Dzień 2: Hodoš - Fusino


Słowenia, Włochy
85 km
Przed bazyliką w Akwilei

Noc mija spokojnie i nawet dobrze mi się śpi na polu. W nocy tylko raz budzi mnie jeż fukając nad głową. Wstaję o 4:00 i pakuję się do słoweńskiego pociągu. Rower oddaję do przedziału bagażowego. Śpię twardo całą drogę do Ljubljany. W stolicy Słowenii mam 1 minutę na przesiadkę, ale udaje mi się zdążyć. Jadę cichym, klimatyzowanym pociagiem. Wysiadam na stacji Sežana o 10:05. Robię zakupy i ruszam ładną, nową drogą rowerową do granicy włoskiej. Po krótkim podjeździe zaczyna się ostry zjazd do Triestu. Cały czas muszę jechać na hamulcu.
Robię małę rundkę, zwiedzam miasto i ruszam do Akwilei. Wiatr wieje w plecy, dobrze się podjeżdża, jest 35 stopni, ale to nie problem. Za Monfalcone robię krótki odpoczynek i posiłek. Do Akwilei jadę pod wiatr nową drogą dla rowerów. Zwiedzam bazylikę z wielką mozaiką (największa zachowana mozaika wczesnochrześcijańska), rozmawiam z grupą miłych Francuzów i napełniam butle wodą. Jadę dalej do Cervignano ładną drogą dla rowerów, na której mogę się rozpędzić. W miasteczku wsiadam w pociąg Regionale Veloc i jadę do Wenecji. Wenecja nie nadaje się do zwiedzania na dwóch kółkach, więc prosto ze stacji jadę na camping Fusino.