7 grudnia 2009

Ziemie dawno odzyskane 2009 cz. I - Szlakiem latarni morskich

Dzień 1. Świnoujście - Międzyzdroje 21 km.
Zaczęło się z lekkim dreszczykiem przygody. W drodze miałem zaplanowaną przesiadkę w Szczecinie Dąbiu. Pociąg TLK do Szczecina miał niestety 25 min. opóźnienia, a na przesiadkę było tylko 7 min. Na szczęście opóźnienie uległo zmianie do 5 min. i w ten sposób zdążyłem na osobowy do Świnoujścia.
Nad morzem zastaję ładną, słoneczną pogodę, choć wieje dość mocno. Pamiętam z geografii, że nad Bałtykiem wiatr przez większość dni wieje z zachodu i północnego-zachodu. Niestety, przez tydzień mojej wyprawy będzie wiał wiatr ze wschodu, czyli wmordewind. Zaczynam wyprawę od świnoujskiej latarni, a potem piękną terenowo-piaszczystą trasą jadę do Międzyzdrojów. Nie jest lekko, muszę nawet raz prowadzić rower pod górkę. Dojeżdżam na nocleg w Międzyzdrojach o zmroku.

Dzień 2. Woliński Park Narodowy 57 km.
Dzień pełen przygód rozpoczął się pięknie. Po pierwsze śpię długo, a po drugie idę na Mszę św. o 9:00. Po Mszy wyruszam na objazd wyspy Wolin. Świeci słońce, ale jest dość chłodno. Docieram do jez. Turkusowego, a potem jadę dalej niebieskim szlakiem. W pewnym momencie odkrywam z przerażeniem, że zgubiłem telefon! Prawdopodobnie wypadł mi z kieszeni, gdy chowałem doń dekiel od obiektywu, czyli na przestrzeni ostatnich 5 km. Szukam gorączkowo, a następnie na chłodno, ale bez skutku. Wracam po przejechanej trasie, wpatrując się w ziemię, ale nie dostrzegam mojej Nokii. Po drodze spotykam starszych turystów i proszę, by zadzwonili na mój numer. Nikt nie odbiera. Więc jest nadzieja, że gdzieś leży. Wracam do Międzyzdrojów, kupuję kartę telefoniczną i dzwonię z budki na swój numer.
- Halo!?
To było najprzyjemniejsze halo, jakie usłyszałem w życiu. Odebrał pan turysta, któremu podałem na szlaku mój nr. Okazało się, że po spotkaniu ze mną zadzwonił on na moją komórkę i odebrał chłopak, który znalazł telefon przy drodze. Znalazca przekazał aparat turyście, a ten czekał, aż się odezwę. Umawiamy się w Międzyzdrojach na odbiór aparatu i tak wszystko dobrze się skończyło. A uczciwy znalazca i pośrednik nie chciał nawet żadnej nagrody.
Rozradowany takim biegiem spraw jadę po południu na Gosań - najwyższy klif w Polsce oraz na Kikut, gdzie znajduje się kolejna polska latarnia.

Dzień 3. Międzyzdroje - Kołobrzeg 100 km.
Wyjeżdżam dość późno, bo o 10:15. A do przejechania mam koło 100 km. Trasa prowadzi przez lasy Wolińskiego Parku Narodowego do Warnowa, potem przez piachy do Kolczewa i drogą 102 z Międzywodzia do Dziwnowa (most zwodzony) i Dziwnówka. Dalej jadę szlakiem rowerowym przez las do Pobierowa. W Trzęsaczu oglądam słynne ruiny kościoła zniszczonego przez morskie fale, a w Niechorzu kolejną latarnię morską. W Pogorzelicy zastanawiam się nad dalszą trasą. Mam do wyboru: jechać dłużej przez Trzebiatów albo na skróty przez las do Mrzeżyna. Wybieram wariant terenowy. Po kilku kilometrach pojawia się niespotykana przeszkoda - płot jednostki wojskowej. Próbuję ominąć ją od południa, błądząc piaszczystymi drogami po lesie. Udaje mi się wreszcie wyjechać na brukowaną drogę. Zbliżając się do Mrzeżyna, spotykam grzybiarza, który zasmuca mnie informacją:
- Pan tędy nie przejedzie. Tam jest jednostka wojskowa.
Próbuję znowu ominąć ją od południa. Bez skutku. Znajduję jednak ścieżkę przez las wzdłuż plaży i dojeżdżam do miasteczka. Robi się późno, więc przyśpieszam. Przejeżdżam przez Dźwirzyno i o zmroku docieram do Kołobrzegu.

Dzień 4. Kołobrzeg - Dąbki 66 km.
Jedyny dzień deszczowy na wyprawie. Pada od rana. Podjeżdżam najpierw pod latarnię morską w Kołobrzegu. Dalej nową ścieżką rowerową wzdłuż brzegu, a potem przez byłe lotnisko wojskowe w Bagiczu. Szkoda, że tak leje, bo bym zrobił kilka zdjęć. Koło Ustronia Morskiego deszcz zaczyna ustawać. Szukam smażalni, żeby zatrzymać się na rybkę i trochę osuszyć. Wybór jest niewielki, bo większość lokali jest już nieczynna. Kończy się asfalt, a zaczyna odcinek leśny pełen kałuż. Koło latarni Gąski przestaje padać. W Sarbinowie jem obiad i suszę się w słońcu. Po pysznej rybce jadę na Mielno. W Unieściu znowu zaczyna padać. Ale tylko za chwilę przestaje. Wychodzi słońce, zachodzi i znowu zaczyna padać. Wkurzające to. Dojeżdżam do Łazów i znowu mam dylemat, którą drogą jechać. Mam trochę czasu, więc wybieram wariant trudniejszy, po plaży mierzeją do Dąbkowic. Nie spodziewałem się, że uda mi się jechać po plaży, ale miał zamiar jechać prowadzić rower te 3 km. Okazuje się jednak, że prowadzić też się nie da. Ale nie rezygnuję. Męcząc się niemiłosiernie pcham rower przez piaski plaży. Woda zalewa mi buty, pot zalewa mi czoło. Ponad godzinę zajmuje mi pokonanie tych 3 kilometrów. Na szczęście nie pada i świeci ładne słońce tuż nad horyzontem. Dobrze, że zjadłem na obiad rybkę z podwójną porcją frytek, bo dzięki temu mam energię tak się siłować.
Docieram do ośrodka w Dąbkowicach, przenoszę rower przez wydmę, przejeżdżam przez ośrodek wypoczynkowy i docieram o zmroku do Dąbków.

Dzień 5. Dąbki - Rowy 90 km.
Po wczorajszych przygodach wybieram trasę asfaltową, choć z dala od morza. Przez cały dzień wieje mocno od wschodu, czyli w czoło. Od czasu do czasu tak dmuchnie, że rzuca rowerem. Po płaskim ledwo co osiągam 15 km/h. W Darłówku zaliczam kolejną latarnię morską i podziwiam rozsuwany most. Przed Ustką spotykam dwie rowerowe turystki, które jadą tą samą trasą. Okazuje się jednak, że jadą wolniej ode mnie (co mnie lekko zdziwiło) i zostawiłem je w tyle. Z Ustki jadę szlakiem zwiniętych torów do Rowów. Miejscowość wygląda ponuro, jakby wygnało wszystkich mieszkańców. Pozamykane wszystkie sklepy i lokale i ani żywej duszy.

Dzień 6. Rowy - Łeba 66 km.
Wstaję o 6:00, aby obejrzeć wschód słońca. Niestety, słońce wschodzi nad lądem za wydmą. Wyjeżdżam już o 8:00. Bolą mnie mięśnie po wczorajszych zmaganiach z wiatrem. A może to po przedwczorajszym pchaniu roweru po plaży?
Nie forsując tempa, jadę przez Słowiński Park Narodowy. Co chwila zza drzew wyłaniają się kolejne jeziora. Wdrapuję się na Czołpińską Wydmę, by zaliczyć kolejną latarnię. Za Klukami nad jez. Łebsko robię sobie dłuższy odpoczynek i jem obiad z własnych zapasów. Na pomoście spotykam starszego rowerzystę, który dowiedział się, że szlak rowerowy z Kluk do Izbicy jest zalany i nieprzejezdny. Mimo tej informacji decyduję się pojechać tą trasą. Na mapie wygląda na solidną drogę. Tuż za Klukami pojawiają się kałuże błota, które trzeba omijać. Następnych kałuż nie da się omijać, ale udaje mi się przejechać je z rozpędu. Wreszcie następuje porażka i grzęznę w bagnie. Cały rower i sakwy są upaprane błotem.
Zastanawiam się, czy wracać, czy jechać dalej. Z przeciwka dostrzegam zbliżające się dwie miejscowe rowerzystki. Okazuje się, że przede mną już tylko kilka błotnych kałuż i droga poprawi się. Zdejmuję buty, skarpetki, dźwigam rower i brodząc po łydki w bagnie pokonuję kolejne przeszkody terenowe. Zgodnie z zapowiedzią po kilkuset metrach droga poprawia się. Oczyszczam z grubsza rower i jadę dalej. Więcej przeszkód terenowych nie napotykam, jedynie wiatr wieje w twarz. Na noclegu obmywam rower i sakwy z błota.

Dzień 7. Łeba - Jastrzębia Góra 63 km.
Ruszam wzdłuż wybrzeża ścieżką do Stilo. Podobnie jak wczoraj taszczę rower na wydmę, żeby zaliczyć latarnię. Za Stilo odbijam lekko na południe, a potem wracam do morza. Od Białogóry jadę wzdłuż brzegu do Jastrzębiej Góry. Wieczorem idę na piękny zachód słońca.

Dzień 8. Jastrzębia Góra - Hel 55 km.
Dziś najkrótszy dzień na wyprawie. Odwiedzam latarnię Rozewie, a potem jadę przez całą Mierzeję Helską. Świeci słońce i wieje wreszcie lekki wiatr w plecy. Pierwszy raz jestem na Helu i wygląda to wszystko inaczej, niż sobie wyobrażałem. W Kuźnicy zatrzymuję się na rybkę, a potem wypoczywam na plaży. To jest piękne na tej trasie, że w każdej chwili odbijam sobie w lewo i mogę wyprostować kości na plaży. Ale od jutra to już się zmieni. Po południu docieram na koniec cypla i jeszcze idę do helskiego fokarium. Wieczorem zaliczam latarnię, spaceruję po plaży i porcie.

Ziemie dawno odzyskane 2009 cz. II - Szwajcaria Kaszubska

Dzień 9. Hel - Władysławowo - Ostrzyce 78 km.
Wcześnie rano po Mszy św. jadę pociągiem z Helu do Władysławowa. Zamiast szynobusa podstawiają stary skład ze spalinówką i muszę załadować rower do przedziału.
Z Władysławowa jadę nową ścieżką rowerową do Swarzewa. Dalej do Pucka i przez Puszczę Darlubską do Wejherowa. Zaczynają się piękne jeziora, ale i górki 200-250 mnpm. Dzięki nawigacji GPS bez błądzenia jadę przez lasy do Kartuz. W Łapalicach podziwiam nie dokończony współczesny zamek. Jadę koło jez. Białego przez Kłodno i Brodno dojeżdżam nad jez. Ostrzyckie. Jak tu pięknie! Zapada zmrok i postanawiam zatrzymać się w Ostrzycach. Pukam do pierwszego domu z tabliczką Noclegi. Bez problemu otrzymuję nocleg w komfortowych warunkach za 30 zł. Następnego dnia okazuje się, że zostałem wzięty za innego turystę, który dzwonił na tę kwaterę i prosił o nocleg. A może to był mój anioł stróż?...

Dzień 10. Ostrzyce - Wiele 78 km.
Wyruszam w pięknej scenerii opadających mgieł. Jadę przez pola, lasy, jeziora i górki. Zjeżdżając po wyboistej ścieżce leśnej słyszę dziwny trzask w tylnym kole. Pękła szprycha i do tego dostrzegam drugą z podobnym defektem. Dobrze, że niedaleko jest Kościerzyna. Zajeżdżam do serwisu rowerowego, lecz okazuje się, że serwisanta w sobotę nie ma. Szukam drugiego serwisu, ale mechanik jest na urlopie. Najbliższy czynny serwis znajduję w Chojnicach i tam umawiam się na wizytę za dwa dni.
Dalej jadę ostrożnie i staram się nie zjeżdżać z asfaltu. Trasa wiedzie przez Wdzycki Park Krajobrazowy. Znowu podziwiam piękne jeziora i lasy, a na szczęście górki są tu mniejsze. Przejeżdżam przez Wdzydze i z daleka podziwiam skansen kaszubski. Docieram do jez. Wdzyckiego i skręcam do lasu. Droga, którą jadę jest chyba mało uczęszczana, bo na samym jej środku dostrzegam rozpiętą wielką pajęczynę. Nagle las się kończy i wyjeżdżam na środek pasa startowego dawnego lotniska, na którym właśnie odbywają się wyścigi samochodowe. Przekraczam Wdę i wjeżdżam do uroczej miejscowości Wiele. Robi się późno, więc zatrzymuję się tu na nocleg.

Dzień 11. Wiele - Charzykowy 82 km.
Wyruszam o 8:15 i kieruję się na południe, aby jadąc lasami ominąć Czersk. Drogi są straszne - piach, suchy piach, po którym nie da się jechać. Co chwila muszę prowadzić rower. W pewnym momencie droga kończy się na łące, a wg GPSa powinna biec prosto. Skręcam w lewo, ale dojeżdżam do gospodarstwa. Jadę więc na azymut przez łąkę, przenoszę rower przez kilka rowów i zatrzymuję się na rzece. Kołuję dalej po łące przekraczając kolejne rowy, aż docieram do drogi, którą opuściłem. Po kilkuset metrach jazdy po łące dostrzegam mostek. Jestem ocalony! Dojeżdżam do asfaltu i rezygnuję z dalszej drogi po piachy. Skręcam na Czersk. W miasteczku zatrzymuję się na gofra i jadę do Fojutowa. Podziwiam imponujący akwedukt. Moja trasa wiedzie wzdłuż Kanału Wielkiej Brdy do Rytla, gdzie zatrzymuję się na pizzę. Świeci słońce i robi się gorąco. W leniwym tempie jadę wzdłuż granicy Parku Narodowego Bory Tucholskie nad jez. Charzykowskie. Zatrzymuję się na nocleg w Charzykowach.

Ziemie dawno odzyskane 2009 cz. III - Pojezierze Drawskie

Dzień 12. Charzykowy - Borne Sulinowo 115 km.
Wyjeżdżam wcześnie, bo jestem umówiony w Chojnicach na naprawę tylnego koła. Naprawa przebiega sprawnie i mogę jechać dalej. Objeżdżam jez. Charzykowskie i przejeżdżam przez miejscowość o uroczej nazwie Małe Swornegacie. Skończyły się górki, ale wieje mocny boczny wiatr. Przez Rzecznicę jadę na Szczecinek znowu szlakiem zwiniętych torów. O zmroku docieram do Bornego Sulinowa. Miasto, tak jak się spodziewałem, ma swój klimat. Szukam noclegu i znajduję kwaterę w pięknym domu, w którym pewnie mieszkał kiedyś radziecki pułkownik lub może nawet generał.

Dzień 13. Borne Sulinowo - Lubieszewo 79 km.
Chłodny poranek, znowu bez deszczu, ale z wiatrem. Nad jez. Pile jem śniadanie. Z Bornego jadę do Drawskiego Parku Krajobrazowego. Pojawiają się górki, dołki i urocze jeziorka. Cały czas jadę asfaltem, nawet na bezludnych terenach. Za Złocieńcem robię rundkę dookoła jez. Kopań i dojeżdżam na nocleg do Lubieszewa nad. jez. Lubie. Jestem już trochę zmęczony i zastanawiam się nad zakończeniem wyprawy. Ale skoro jest taka ładna pogoda i przede mną ciekawe okolice, to jadę dalej.

Dzień 14. Lubieszewo - Drawno 88 km.
Objeżdżam jez. Lubie i wjeżdżam na Poligon Drawski. Po obu stronach stoją tablice Military Area. Nie forsuję tempa, bo boli mnie lekko łydka. W oddali słychać wybuchy na poligonie, a ja słucham audycji Sensacje XX wieku Bogusława Wołoszańskiego. Pasuje. Jadę obrzeżem Ińskiego Parku Krajobrazowego i docieram do Drawna na nocleg.

Dzień 15. Drawno - Krzyż 54 km.
Jadę przez Drawieński Park Narodowy. Ładne okolice, ale pewnie od strony kajaka wygląda to jeszcze lepiej. Jedzie się ciężko, bo drogi są piaszczyste. W pierwszej koncepcji miałem dojechać do Pszczewa, ale decyduję się zmienić plany. Już mi się nie chce jeździć, więc dziś kończę wyprawę. Dojeżdżam do Krzyża i ładuję się w pociąg do Poznania.

Oczywiście wyprawa była bardzo udana. Tylko jeden dzień zmoczył mnie deszcz. Objechałem spory kawał Polski, byłem w wielu niezwykłych miejscach. Cudownie.

29 września 2009

Teledyski znad morza i jezior

Tym razem film, a nie tylko pokaz slajdów.

27 września 2009

Ziemie dawno odzyskane 2009

Wróciłem z kolejnej udanej, długiej, samotnej wyprawy. Zdjęcia są do obejrzenia tutaj
Teraz będzie się robił film i dokładniejsza relacja. Powoli wszystko będę publikować.
Zastanawiałem się, jak krótko opisać trasę. Przejechałem wzdłuż wybrzeża Bałtyku, potem jeździłem po Kaszubach, Pojezierzu Drawskim i zakończyłem wyprawę w Wielkopolsce. Wymyśliłem więc nazwę jak w tytule.
Było wiele trudnych odcinków, masa piachu, pchanie roweru po plaży, brodzenie w bagnie po kolana, przedzieranie się przez poligon, awaria koła i naprawa w serwisie. Słowem - wiele przygód. Na początek załączam trasę:

2 września 2009

Zanim wyruszę w drogę...

Przede mną wyprawa wrześniowa. Zacznę za tydzień od Świnoujścia. A dokąd dojadę? Na początek na Hel, a potem dalej po Polsce. Mam nadzieję, że tym razem pogoda będzie bardziej udana, niż w czerwcu.

25 czerwca 2009

Polska egzotyczna 2009 - szczegółowa relacja


Oto szczegółowa relacja dzień po dniu z mojej wyprawy rowerowej dookoła Polski B.

Dziękuję serdecznie i pozdrawiam wszystkich, których spotkałem na trasie, którzy gościli mnie pod swym dachem i nakarmili, bym nie ustał w drodze.

A czytelników zachęcam do odwiedzenia tych cudownych zakątków naszego kraju.

Zdjęcia na Picasie:
krajobrazy
zwierzęta
na styku kultur
przygoda
wbrew przeciwnościom

II Rekord w papieską rocznicę

Sobieszyn - Ostrówek 140 km

Wyjeżdżam przed 9:00 z lekką obawą - jak uda mi się pokonać tak długi odcinek. Słońce praży od samego rana, choć nie jest bardzo gorąco. Po drodze spotykam cztery zające (plus jeden martwy, przejechany). Przejeżdżam przez Jeruzal, czyli filmowe Wilkowyje. Nie jestem fanem tego serialu, więc nie za bardzo kojarzę scenerię. Po południu pogoda psuje się i zaczyna padać deszcz. Robię dłuższy postój w Wielądkach, licząc na poprawę pogody. Dziś jest 10. rocznica pobytu Jana Pawła II na Podlasiu. Słucham transmisji radiowej z rocznicowego nabożeństwa w Drohiczynie. Deszcz trochę ustaje i ok. 20:20, w dobrej kondycji dojeżdżam na miejsce. Udało mi się przejechać tak długi etap bez większych problemów. To dobry zwiastun na przyszłość.

PS. Nie wiem, czemu tak nie po kolei się ułożyło, że drugi dzień jest pierwszy. Trudno.

I Miłe miłego początki

Lublin - Sobieszyn 60 km

Po pożegnaniu przez domowników wyruszam przed 11 z domu. Pogoda jest wyśmienita - słonecznie z lekkim zachmurzeniem, bez upałów i wiatr w plecy. Z Lublina jadę na północ. Trasa jest atrakcyjna, ale już ją przemierzałem nie raz. Jedzie się miło, bo nie ma dużego ruchu. Po 30 km, w połowie drogi, zatrzymuję się na poczęstunek. Niepokoi mnie chrobotanie w tylnej przerzutce. Na szczęście pomaga drobna regulacja i do końca wyprawy mogę spokojnie jechać. Pierwszy dzień zaplanowałem jako krótszy. Nie chcę się nadwyrężać. Wszak przede mną jeszcze sporo setek kilometrów do przejechania.
Do celu docieram tuż po 15:00. Mogę odpocząć i przygotować się na jutrzejszy, najdłuższy etap.

III Podlasia czar

Ostrówek - Kiersnowo 99 km

Pogoda od rana niezbyt zachęcająca. Chmury wiszą nisko, jest zimno, ale mam przynajmniej wiatr w plecy. Po pewnym czasie przejaśnia się i od razu robi się ciepło. Co kilkanaście kilometrów robię postoje w lasach. Dziś wyjątkowo jadę cały czas ruchliwymi drogami, ale na szczęście nie ma dużo samochodów. Przed Nurem zatrzymuję się na skromny obiad. Po drodze nie ma wielu atrakcji turystycznych, ale jest bardzo ładnie. Po 19:00 docieram do Kiersnowa. Zatrzymuję się chwilę przy pomniku Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, bohatera podziemia antykomunistycznego. Dziś nocuję u mojego wujka Ziuńka, który cały wieczór barwnie opowiada pradawne historie rodzinne.

IV Guma na deszczu

Kiersnowo - Waniewo 64 km

Rano budzi mnie piękne słońce. Ale jest zimno i wietrznie. Z zachodu szybko nadchodzą ciemne chmury. Zatrzymuję się na Mszę św. u Matki Bożej w Hodyszewie. Mój kolega Jacek częstuje mnie świeżą miętą. Wyjeżdżam w południe, akurat kiedy zaczyna padać. Pada coraz mocniej i w tej ulewie przed Łapami łapię gumę w przednim kole. Muszę zmienić dętkę na odludziu, pod drzewem, w czasie ulewy. Chyba gorzej być nie mogło. Mam przemarznięte dłonie i naprawa zajmuje mi godzinę. Dziura niewielka, a jej przyczyną jest maleńki kawałek szkła. Po naprawie, wciąż w deszczu, jadę do Łap i zatrzymuję się u mojego kolegi Szymona na obiad. Deszcz nie przestaje padać, a ja nie przestaję pedałować. Do Waniewa w Narwiańskim Parku Narodowym dojeżdżam ok. 19:00. Po kolacji deszcz na chwilę ustaje, więc idę na spacer po pływającej kładce przez Narew. Przepływam na drugi brzeg, ale znowu zaczyna padać, więc muszę wracać. W tym roku wyjątkowo nie mam szczęścia do pogody.

V Szklane drogi

Waniewo - Dolistowo Stare 69 km

Od rana pada. Czekam do południa, aż przestanie, lecz pogoda się nie zmienia. Po 20 km dojeżdżam przemoczony do Tykocina i zatrzymuję się na pyzy z mięsem w hotelu Alumnat. Tu kręcono zdjęcia do filmów z serii "U Pana Boga za piecem". Za oknem widać znany z filmu most przez Narew. Po odrobinie wytchnienia jadę dalej w deszczu. Niestety, muszę skrócić trasę i nie pojadę "carską drogą" przez Osowiec. Jestem przemoczony, zmarznięty i boli mnie łydka. Wreszcie ok 16:00 przestaje padać. Do celu już tylko 20 km i... znowu łapię gumę. Tym razem w tylnym kole. Dobrze, że już nie pada. Dość sprawnie zmieniam dętkę i jadę dalej. Ciężko się jedzie. Droga pod górę? Nie! Znowu flak! Trzeci raz na wyprawie, a drugi tego dnia. Znowu wymiana gumy. Oglądam dokładnie oponę, ale nie siedzi w niej żadne dziadostwo. Później okaże się, że oglądałem niezbyt dokładnie i nie dostrzegłem maleńkiego kawałka szkła, które schowało się wewnątrz opony. Ten cholerny kawałek za chwilę przebije mi dętkę trzeci raz. Ale jestem już blisko celu. Nie zmieniam gumy, tylko co kilka minut pompuję koło i tak docieram do Dolistowa. Przede mną rozciąga się cudowny widok. Pomarańczowe słońce zachodzi nad Biebrzą. Dziś nocuję u babci i ciotki mojego kolegi Andrzeja, u bardzo miłej rodziny. Gospodarz pomaga mi zakleić dwie przebite dętki. Jutro będę mógł spokojnie pedałować dalej.

VI Najpiękniejsze okolice

Dolistowo Stare - Suwałki 101 km

Wstaję wcześnie, już przed 6:00, by zdążyć na Mszę o 6:30. Po śniadaniu (zupa mleczna) muszę wymienić dętkę w tylnym kole. Ruszam dopiero przed 9:00. Nad Biebrzą zatrzymuję się co chwila, by robić zdjęcia krajobrazów i ptaków. Jadę wzdłuż rzeki do Kopytkowa. Planowałem przejechać przez Czerwone Bagno. Niestety szlak okazuje się nieprzejezdny. Kawałek idę pieszo, woda sięga do pół łydki. Robię krok i zapadam się po udo w bagnie. Nie mogę wyciągnąć nogi. czyżbym miał się już pożegnać z sandałem? Nie, udało się wyciągnąć obuwie z bagna, ale postanawiam zawrócić. Jadę do Dębówki, gdzie zaczyna się Kanał Augustowski. Wzdłuż kanału jadę na Białobrzegi. Po drodze łapie mnie krótki, ale obfity deszcz, przed którym chronię się pod drzewem. Wychodzi słońce, ale jadę pod wiatr. Dojeżdżam do Augustowa, ale omijam miasto, jadąc wzdłuż jeziora Necko nad dolinę Rospudy. Jadę dłuższy odcinek przez Puszczę Augustowską, nie spotykając żadnego człowieka. Dopiero koło "świętego miejsca" nad Rospudą spotykam parę turystów kajakarzy. Bardzo mi się podoba to miejsce. Pokonawszy Rospudę jadę do Nowinki. W Podnowince wypadają z lasu 3 duże psy z wrogimi zamiarami. Nieźle przestraszony pedałuję co sił w nogach po bezdrożach i udaje mi się uciec. Przez las wzdłuż granicy Wigierskiego PN dojeżdżam do Suwałk. Po lewej stronie pojawia się efekt halo. Po obu stronach zachodzącego słońca widać kolorowe "słońca poboczne". Piękny widok, ale jednocześnie to zwiastun opadów w następnym dniu. Tuż przed zmrokiem docieram na nocleg.

VII Deszcz gubi ten kraj

Suwałki - Mikaszówka 57 km

Od rana pada. I tak cały dzień do wieczora. Dla poprawienia nastroju słucham radia. Gościem audycji jest Sidney Polak. Słuchamy jego najnowszej piosenki "Deszcz". Nastrój mam fatalny, ale jadę. Zastanawiam się, czy nie skorzystać z noclegu w najbliższym gospodarstwie agroturystycznym. W deszczu objeżdżam jez. Wigry i zwiedzam klasztor kamedułów. Jak najkrótszą drogą przez Puszczę Augustowską dojeżdżam na nocleg do Mikaszówki. Sakwy okazały się nie do końca wodoodporne i wszystkie ciuchy oraz buty mam przemoczone. Ale przynajmniej nie pada mi na głowę. Rozkładam rzeczy do suszenia i czyszczę rower, bo cały jest w błocie i mokrym piasku. Jutro ma już nie padać. W kiepskim nastroju kładę się wcześnie do łóżka i szybko zasypiam.

VIII Ucieczka przed burzą

Mikaszówka - Sokółka 79 km

Budzę się rano z ulgą. Na szczęście nie pada. Ale po wczorajszym ciężkim dniu mam katar i boli mnie gardło. Mam nadzieję, że nie rozwinie się to w żadną chorobę. Z Mikaszówki jadę wzdłuż Kanału Augustowskiego, zatrzymując się przy każdej śluzie. Tak docieram do granicznej śluzy w Kurzyńcu. Skręcam na południe, opuszczając Puszczę Augustowską. Zaczyna padać deszcz, ale na szczęście przelotny. W Jagnitach podchodzę do samej granicy i robię kilka zdjęć. Kręcąc się przy granicy wzbudzam zainteresowanie Straży Granicznej. W Nowym Dworze zatrzymuje mnie patrol i muszę się wylegitymować. Dokoła piękne widoki, ale za plecami zbierają się ciemne chmury burzowe. Na szczęście wiatr wieje z południa i burza przechodzi mi za plecami. Chyba pierwszy raz cieszę się, że jadę naprzeciw wiatru. Burza jest coraz bliżej, słyszę już grzmoty. Udaje mi się dojechać tuż przed deszczem do Sokółki. Dziś nocuję u rodziców mojego kolegi Rafała. Na kolację próbuję regionalnej potrawy, czyli kiszki ziemniaczanej. Pycha! Czuję się świetnie, a niebezpieczeństwo przeziębienia minęło.

IX Szlakiem tatarskim we dwóch

Sokółka - Siemianówka 96 km

Rano idę na Mszę św. o 7:00 do kościoła znanego z filmów z serii "U Pana Boga za piecem". Potem śniadanie, kawa, pakowanie i w końcu wyjeżdżam dość późno. Jadę tatarskim szlakiem na Bohoniki. W meczecie pani Eugenia Radkiewicz, Tatarka, barwnie opowiada o swoich przodkach, wierzeniach i kulturze. Potem zwiedzam mizar, czyli cmentarz muzułmański. Za Bohonikami kończy się asfalt i dość długi odcinek tłukę po bruku. W ten sposób pokonuję góry Wojnowskie - niezbyt wysoki podjazd. Przed Usnarzem zatrzymuję się na krótki posiłek, a przy mnie zatrzymuje się patrol motocyklowy Straży Granicznej. Żołnierze wypytują mnie o drogę i cel mojej podróży. Po niezbyt równych drogach dojeżdżam do Krynek. Jestem spóźniony, więc szybko objeżdżam miasto i jadę na Kruszyniany. Przy wyjeździe z Krynek przyłącza się do mnie drugi sakwiarz. Od słowa do słowa okazuje się, że to tromba, który pisał na forum podrozerowerowe.info. Jadąc z towarzyszem tempo wzrasta znacznie, ale dzięki temu czuję, że dotrę do Siemianówki przed zmrokiem. W Kruszynianach odwiedzamy meczet i słuchamy barwnej opowieści Tatara Dżemila Gembickiego. Niedaleko od meczetu oglądamy mizar położony w lesie. W Kruszynianach spotykamy kolejnego rowerzystę, który z plecakiem jedzie trasą Polski egzotycznej z południa. Opuszczamy Kruszyniany i jedziemy do Jałówki. W Jałówce jestem pod dużym wrażeniem ruin kościoła św. Antoniego, zbombardowanego przez Niemców w 1941 r. Dalej jedziemy przez las do Cisówki i docieramy do linii kolejowej. Jedziemy wzdłuż torów po grobli przez środek sztucznego jeziora Siemianówka. Wokoło roztaczają się piękne widoki. W Siemianówce zatrzymujemy się w gospodarstwie agroturystycznym, w małym domku. Miejsce jest cudowne i postanawiam zrobić sobie dzień przerwy w podróży.

X Na skraju dzikiej puszczy

Siemianówka - Hajnówka - Siemianówka 67 km

Kolega tromba wyjeżdża wcześnie rano, a ja robię sobie dziś luz i postanawiam zostać w Siemianówce na jeszcze jeden nocleg. Wysypiam się, robię pranie i jadę przez Narewkę do Hajnówki. Miasto jest ładne i zaskakująco duże. Zwiedzam kościoły i cerkwie, po czym przynaglony chmurami wracam do Siemianówki. Po drodze jeszcze kupuję zapasową dętkę, aby zgodnie z prawem Murphy'ego nie spotkało mnie już złapanie gumy. Zajeżdżam jeszcze nad jezioro, robię zdjęcia i zdążam wrócić na nocleg w ostatniej chwili przed deszczem. Na kolację i następnego dnia na śniadanie robię sobie jajecznicę z 5 jaj na boczku, bo w sklepie mogłem kupić co najmniej 10 jaj. Jak szaleć to szaleć.

XI Tropem żubra w Puszczy Białowieskiej

Siemianówka - Czeremcha 97 km

Wyjechałem dość wcześnie, bo chcę dotrzeć do Czeremchy przed 18:00, aby zdążyc na Mszę św. Niedaleko za Siemianówką zaliczam wieżę obserwacyjną Maruszka. Wokoło cisza i spokój. Ani żywej duszy, tylko ptaki głośno śpiewają. Wjeżdżam do Puszczy Białowieskiej, w której spędzę dziś cały dzień. Na początek jadę wilczym szlakiem. Na drodze za Masiewem trzeci raz na wyprawie zatrzymuje mnie patrol Straży Granicznej. Tym razem miła pani prosi o dokumenty i wypytuje o cel mojej podróży. Przez następne kilometry nie spotkam żywej duszy. Zatrzymuję się przy kolejce wąskotorowej i robię serię zdjęć. Jadę dalej wilczm szlakiem wypatrując żubrów i wilków. Po prawej stronie drogi dostrzegam ścieżkę dydaktyczną "co w lesie piszczy". Zjeżdżam z głównej drogi, żeby się dokształcić. Ścieżka prowadzi po wąskiej kładce nad mokradłami. Niestety mokra kładka nie zapewnia odpowiedniego tarcia i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu tracę przyczepność i zaliczam wywrotkę. Mam wiele szczęścia. Po pierwsze niewiele brakowało, bym zwalił się do wody - zawisłem z jednym kołem poza kładką. Po drugie - nic sobie nie połamałem, bo sakwy zamortyzowały uderzenie. Mam tylko lekko obity łokieć i udo. Lekko przestraszony podnoszę się i po ekstremalnie śliskim pomoście, prowadząc rower, docieram do brzegu. Dojeżdżam do Białowieży. Jem skromny posiłek w towarzystwie miłego pieska. Zwierz pewnie pobiegłby za mną, ale pojawia się właścicielka i zabiera psa do domu. Z Białowieży jadę na Topiło. Na drodze dużo błota, kałuż i znowu ani żywej duszy. Pierwszych ludzi napotykam w Topile. To spora grupa rowerzystów z sakwami. Opuszczam puszczę, nie spotkawszy żubra i jadę wzdłuż granicy. W Opace droga prowadzi przez 2 km dosłownie o krok od słupów granicznych. Ciekawe, czy znowu będą mnie sprawdzać pogranicznicy? Nikt mnie już nie zatrzymuje i spokojnie po 17:00 docieram do Czeremchy.

XII Na świętej górze

Czeremcha - Niemirów 77 km
Po porannej Mszy św. parafialnej i kawie z proboszczem wyruszam dość późno. Ale dziś odcinek nie za długi, a poza tym zapowiedziałem się, że przyjadę na nocleg dopiero koło 20:00. Niby nie pada, ale pogoda jest niepewna. Pierwszy ważny punkt programu to pieknie położona cerkiew na bagnach w Koterce koło Tokar, przy samej granicy. Świątynia stoi na całkowitym odludziu, w środku lasu. Niedaleko od Koterki zatrzymuje mnie (po raz czwarty) patrol Straży Granicznej na motorku. Miło sobie rozmawiamy, a właściwie ja opowiadam o swojej wyprawie. Niedługo później znajduję parking leśny i tam zatrzymuję się na obiad. Dłuższy odcinek jadę przez lasy i docieram na świętą górę Grabarkę. Niestety, w tym momencie zaczyna padać deszcz, który zbierał się od rana. Mam nadzieję, że to opad przelotny i czekam dłuższą chwilę. Nie przestaje padać, więc w deszczu jadę dalej. Dojeżdżam do Bugu i wzdłuż rzeki jadę do Mielnika. Po błotnistej drodze wdrapuję się na wieżę obserwacyjną, z której rozciąga się piękna panorama okolicy. Oglądam kościół, cerkiew, ruiny kościoła zamkowego i powolutku jadę na nocleg w Niemirowie. Okolica jest wyjątkowo spokojna. Z rzadka mija mnie jakieś auto. Przestaje padać deszcz, więc mogę się trochę przesuszyć.
To jest wyjątkowy dzień. Przejechałem już 1000 km!

XIII Don't pay the ferryman

Niemirów - Kuzawka 115 km

Po Mszy św. i śniadaniu wyjeżdżam po 9:00. Na początku podróży nóżka rowerowa nie wytrzymuje obciążeń i pęka, a mój pojazd z sakwami ląduje w błocie. Na osłodę czeka mnie niezwykła atrakcja. Sołtys z Niemirowa przeprawia mnie promem przez Bug. Można powiedzieć, że jest to prom o napędzie prądowym, ale nie elektrycznym. Porusza się bowiem dzięki prądowi rzeki. W jaki sposób? W poprzek rzeki jest poprowadzona stalowa lina, przerzucona przez bloczki na promie. Aby rzeka przepchała prom na drugą stronę, należy ustawić barkę pod odpowiednim kątem do biegu wody. Proste i jednocześnie bardzo egzotyczne.
Dziś mam w planie zwiedzanie wielu ciekawych miejsc. Zaczynam od Janowa Podlaskiego. Niedaleko od miasta znajduje się słynna stadnina koni arabskich. Choć konie nie są moją pasją, stadnina robi na mnie wrażenie. Dalej jadąc wzdłuż Bugu przez Park Krajobrazowy Podlaski Przełom Bugu docieram do Pratulina. To miejsce śmierci męczenników unitów podlaskich. W kościele sanktuaryjnym jest akurat grupa dzieci i słucham prelekcji księdza proboszcza. Dalej miałem w planach Szwajcarię Podlaską, ale ścieżki są podmokłe i zabłocone, dlatego rezygnuję ze Szwajcarii i jadę w kierunku Terespola. Przed Koroszczynem jadę kilka km wzdłuż drogi celnej. Jest to ogrodzona i okamerowana trasa, po której jadą odprawione ciężarówki do przejścia w Kukurykach. W Koroszczynie spotykam fort, będący fragmentem Twierdzy Brzeskiej. Skręcam w kierunku granicy i jadę wzdłuż Bugu. Nagle nad moją głową dostrzegam wielkiego ptaka. Bocian? Nie! To jakiś drapieżnik - błotniak albo nawet orzeł. Pięknie się przezentuje na niebie. Śledząc ten orła cień wjeżdżam do Kostomłotów, gdzie znajduje się jedyna w Polsce parafia neounicka. Cerkiew zwiedza właśnie grupa z Krakowa i znów mam okazję posłuchac prelekcji ks. proboszcza. Kolejny punkt programu to Kodeń. Modlę się w kościele przed obrazem M. B. Kodeńskiej i oglądam inne zabytki. Nie ma jeszcze 18:00, więc postanawiam jechać dalej i szukać po drodze kwatery. Ostatnie miejsce, które odwiedzam tego dnia to uroczy monastyr w Jabłecznej. Trafiam akurat na wieczorne modlitwy. Nocleg znajduję w uroczym domku pod lasem w Kuzawce.
To był wyjątkowy dzień. Bo nie padało.

XIV Burzliwe zakończenie

Kuzawka - Chełm - Lublin 88 km

Wyjeżdżam wcześnie rano, bo już o 7:00. Jest ciepło, a na niebie malutkie chmurki. Mimo to decyduję, że dziś kończę wyprawę i wracam do Lublina. Jadę szybko, bo wiatr jest tyło-boczny. Robi się coraz goręcej. We Włodawie oglądam kościół i cerkiew. Spotykam też czwórkę starszych rowerzystów z wybrzeża, którzy jadą z Lublina w Bieszczady. Później spotkam ich jeszcze dwa razy po drodze. Za Włodawą wjeżdżam w las do Sobiborskiego Parku Krajobrazowego. Niestety, po deszczach drogi są pełne błota i muszę jechać bardzo wolno. Zajeżdżam do Uhruska. Słońce, które od rana paliło, nagle zachodzi za obłoki i nie wiadomo skąd nagle na niebie pojawiają się ciemne burzowe chmury. Mam jeszcze 20 km do Chełma i liczę, że zdążę przed burzą, tym bardziej, że jadę z wiatrem ponad 20 km/h. Niestety, przeliczyłem się i dopada mnie burza. Szukam schronienia w postaci przystanku PKS. Jest! Metalowa skrzynka w szczerym polu. W obliczu bijących piorunów nie decyduję się na takie schronienie i pukam do drzwi najbliższego domu. Dzięki uprzejmości gospodarzy chowam się przed burzą w garażo-warsztacie. A już za chwilę nawałnica uderza z całą mocą. Leje, wieje i grzmi. Gdy burza ustaje ruszam do Chełma, skąd za godzinę mam pociąg. Po kwadransie jazdy w lekkim kapuśniaczku deszcz wzmaga się i nadchodzi druga burza. Już jestem blisko celu, więc nie zatrzymuję się, choć wokoło walą pioruny. Błysk za plecami. Liczę sekundy: raz... dwa... BUM! O, całkiem blisko. Szczęśliwie dojeżdżam na stację, kupuję bilet, ładuję się do pociągu i po chwili ruszam do Lublina.

I tak dobiegła końca wyprawa rowerowa dookoła "Polski B", czyli trasą egzotyczną. Przez 14 dni przejechałem ponad 1200 km, zwiedziłem najpiękniejsze zakątki naszego kraju i przeżyłem piękną przygodę.

Polska egzotyczna - wróciłem!

Mimo deszczowej pogody, 4 przedziurawionych dętek, wywrotki na śliskiej kładce, mimo błota, burz i innych przeciwności udało się! Przez 14 dni przejechałem ponad 1200 km dookoła "Polski B".

Polska egzotyczna 2009 from Michal Miciek on Vimeo.

9 czerwca 2009

Polska egzotyczna - już w trasie


Dziś rano wyruszyłem w trasę wielkiej wyprawy dookoła Polski B, czyli po Polsce egzotycznej. Na początek pokonałem krótki odcinek 60 km. Zatrzymałem się na pierwszy nocleg u kolegi Grzegorza (w wiosce nad Wieprzem) i z jego komputera korzystam, by dokonać tego wpisu.
Pogoda dziś była wyśmienita do jazdy. Oby tak przez najbliższe 3 tygodnie.
Publikuję kilka zdjęć, pozdrawiam czytających i informuję, że nie wiem, kiedy kolejny raz będę miał dostęp do internetu. Może dopiero po powrocie?

Pożegnanie przez współbraci przed domem:


Boćki nad Wieprzem:

11 maja 2009

Polska egzotyczna 2009 - najnowsze wieści



Po lekkich modyfikacjach tak oto prezentuje się druga część wyprawy po Polsce egzotycznej, na którą zapraszam wszystkich chętnych.
Ja będę ruszał z Lublina wcześniej i po drodze odwiedzę moją rodzinę. Kto będzie się chciał dołączyć, może to uczynić w Łapach. Dalej trasa biegnie jak na obrazku.
W programie zwiedzanie najpiękniejszych zakątków Polski egzotycznej: Narwiański, Biebrzański, Wigierski, Białowieski PN, Dolina Rospudy, Puszcza Augustowska i wiele innych. Przewidywane odcinki dzienne do 100 km, tempo umiarkowane, jedzenie i spanie jak na pielgrzymce.

4 maja 2009

Majówka 2009


W tym roku w "długi" weekend majowy wybrałem się na dwudniową wyprawę rowerową. Słońce jasno świecące zapowiadało piękną pogodę na wyprawę. Niestety, po wyruszeniu z Lublina na północny wschód okazuje się, że jadę dokładnie na wprost silnego, chłodnego wiatru. Jazda w takich warunkach jest nie lada trudnością. Postanawiam zatem nie forsować tempa, ale powoli pokonywać kolejne kilometry. Na noclegu zapowiedziałem się dopiero na 20:00, więc mam przed sobą cały dzień takiej spokojnej jazdy. Po drodze zwiedzam uroczą dolinę Ciemięgi, Dys, i Kozłowiecki Park Krajobrazowy. Na szczęście po wjeździe do lasu wiatr ustaje i na słońcu robi się ciepło. Z Kozłówki udaję się nad jezioro Firlej. Tam robię dłuższą przerwę obiadową, posilając się w tawernie nad wodą. Z Firleja jadę dalej na północny wschód i kręcę się trochę po nadwieprzańskich łąkach i wioskach. Następnie jadę na zachód do Kocka i dalej wzdłuż Wieprza na nocleg. Drugi dzień nie był już taki ciekawy w atrakcje rowerowe. Jadę najkrótszą drogą do Lublina, zatrzymując się tylko nad Wieprzem w Jeziorzanach i nad kilkoma uroczymi jeziorkami. Na szczęście mam tym razem wiatr w plecy. Na nieszczęście (jak widać na profilu) droga powrotna prowadzi głównie pod górę.
Przez 2 dni przejechałem 154 km. Szczegóły trasy i zdjęcia poniżej.

Podlubelskie górki:


Nad jez. Firlej:


Nie zawsze dało się przejechać przez wydmy:


Nad Wieprzem w Jeziorzanach:



Trasa i profil wysokośiowy:

29 kwietnia 2009

Nie zgubię się już

W tym tygodniu wszedłem na wyższy poziom orientacji w terenie, stając się użytkownikiem odbiornika GPS.
Dziś, korzystając z pięknej pogody, wyruszyłem na krótką wycieczkę na miasto, by wypróbować moją nową zabawkę. Czuję, że przyda mi się na wielu wyprawach w przyszłości.
Na początek krótka prezentacja możliwości. Oto ślad wycieczki:



Profil trasy:


Oczywiście możliwości jest więcej. Przyda mi się pewnie nawigacja, szczegółowe dane o trasie, bliskość obiektów, etc. No i z pewnością bogatsza będzie sprawozdawczość na blogu. A najbliższa dłuższa wycieczka już pojutrze.

To jeszcze zdjęcia z dziś. Romantyczny zachód słońca:


I na koniec panorama miasta z podmiejskiego wzgórza:

4 kwietnia 2009

Nowy sezon rozpocząć czas

Po odebraniu roweru z serwisu (gdzie odbył się pozimowy przegląd) przyszedł czas na inaugurację nowego sezonu. Wybrałem się dziś na 45-kilometrową przejażdżkę za miasto. Pogoda była miła do jazdy, z wyjątkiem męczącego wiatru typu wmordewind. Oprócz rowerzystów, którzy tłumnie wylegli na ścieżki, spotkałem też sporo żabek. A jedna zgodziła się nawet pozować do zdjęcia.

22 marca 2009

Polska Egzotyczna 2009 coraz bliżej

Jakiś czas temu kupiłem, ale dziś prezentuję:

Bardzo ciekawy przewodnik. Nie wszystkie trasy nadają się na rower, ale na pewno będę korzystał.
Wiosna już tuż tuż i wyprawa wakacyjna coraz bliżej. Mam już jednego chętnego, ale czekam na więcej. W kupie raźniej. Wszystkich, którzy mają czas i ochotę zapraszam.